Kto decyduje o broni dla Ukrainy?
W poniedziałek (7.07) prezydent Trump cofnął wstrzymanie dostaw broni dla Ukrainy. Podczas spotkania gabinetu zapytany przez dziennikarkę o to, czy wiedział, kto podjął taką decyzję, uchylił się od odpowiedzi. Z relacji medialnych wiemy, że było to działanie zainicjowane przez sekretarza obrony Hegsetha oraz podsekretarza Colby’ego.
Pierwszy podczas niedawnego przesłuchania w Senacie (w związku z procedowaną wtedy ustawą budżetową) podkreślał, że zapasy broni dla amerykańskiego wojska kurczą się, i priorytetem powinno być nie tylko odbudowanie krajowych zasobów, ale również szybkie uzupełnienie magazynów. Colby zaś jest zdania, że priorytetem dla amerykańskiej polityki zagranicznej jest zablokowanie chińskiej hegemonii w Azji, co wiązałoby się ze znaczącym wycofaniem się z Bliskiego Wschodu (geopolitycznie nieistotnego regionu) oraz zmuszeniem państw Europy do przejęcia inicjatywy w ochronie pokoju na Starym Kontynencie. Dzięki temu uwolnione zasoby USA mogłyby przenieść bliżej Pacyfiku. A więc broń nie dla Ukrainy, lecz dla Tajwanu. Zaskakująca nie jest sama decyzja o zablokowaniu dostaw dla Kijowa, ale fakt, że podjęto ją bez udziału prezydenta.
Donald Trump zbudował swój gabinet na zasadzie ograniczonej autonomii departamentów: prezydent wyznacza cele do wykonania, ale zazwyczaj wybór sposobu osiągnięcia rezultatu pozostawia sekretarzom. Ten system zarządzania działałby w sytuacji, w której obie strony w ten sam sposób definiują cel; ostatnie tygodnie zdają się jednak sugerować, że jest inaczej. Począwszy od sprawy dostaw dla Ukrainy, wiemy o tym, że prezydent kilkakrotnie sugerował zmęczenie polityką Rosji. Brakiem możliwości zawarcia porozumienia pokojowego. Mowa więc nie tylko o przerwaniu łańcuchu dowodzenia, gdy tak istotną politycznie decyzję podejmuje tylko sekretarz, ale również o błędnym odczytaniu nastrojów w Gabinecie Owalnym. Donald Trump nie chce eskalacji konfliktu, ale dotychczas Stany Zjednoczone jedynie realizowały zobowiązania zaciągnięte przez Joe Bidena. Był to sposób na odparcie krytyki izolacjonistycznej, która teraz pojawi się z powodu decyzji Departamentu Obrony, ponieważ prezydent musiał samodzielnie zakomunikować chęć nieprzerwanego wsparcia militarnego dla Kijowa.
Pentagon odsunięty na boczny tor
Z drugiej strony mamy odrzucenie nominacji generała porucznika Richarda Angle’a na stanowisko dyrektora Agencji Bezpieczeństwa Narodowego i szefa Cyber Dowództwa, rekomendowanego i przez Hegsetha, i przez dyrektor wywiadu Tulsi Gabbard. Co istotne, prezydent podjął tą decyzję w trakcie trwania konfliktu izraelsko – irańskiego, kiedy rozważał możliwość bezpośredniego zaangażowania wojsk USA. Wtedy jednym z najważniejszych głosów doradczych stał się generał Erik Kurilla, szef centralnego dowództwa, znany ze swoich jastrzębich poglądów wobec Teheranu. Od samego początku opowiadał się on za wysłaniem broni dla Izraela, co kolidowało ze stanowiskiem Colby’ego. Należy dodać, że Pete Hegseth, zeznając w trakcie procesu zatwierdzenia przez Senat, mówił o tym, że generałowie powinni mieć mniejszy wpływ na kierunek polityki Pentagonu. Wszystkie te wydarzenia malują obraz Departamentu Obrony przesuniętego na margines działań dyplomatycznych, oddelegowanego do zapowiadanych kwestii reform i modernizacji w armii.
Konsternację polityków w Kongresie wywołał przepis o cięciu 75 procent budżetu Biura Wywiadu i Analiz Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, zamieszczony w jednej z początkowych iteracji One Big Beautiful Bill. To zatrudniająca ponad 1000 osób jednostka współpracująca z władzami stanowymi w zakresie monitorowania i przeciwdziałania zagrożeniom (od terroryzmu po działalność karteli). Cięcie, wpisujące się w ogólny postulat uproszczenia struktury gabinetu (oraz ograniczania personelu), jest również symptomatyczne dla obecnej wizji prezydentury: silnej, z prezydentem jako jedynym organem uprawnienionym do kreacji polityki.
Jeżeli sto pierwszych dni prezydentury Trumpa było terapią szokową dla systemu, to kolejnych sto wygląda jak proces wewnętrznej reorganizacji. Donald Trump dąży do gabinetu skupionego w całości wokół silnej egzekutywy i proces zmniejszania rządu jest jednym ze sposobów osiągnięcia takiego stanu.
Biuro Wywiadu mogłoby wpłynąć na funkcjonowanie Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, dlatego jego działanie zostaje ograniczone. Za prezydenta H.W.Busha Rada Bezpieczeństwa Narodowego miała ponad 50 osób, za Clintona 100, za W. Busha 200, za Baracka Obamy 400, a za Donalda Trumpa w pierwszej kadencji około 310. Dzisiaj ta liczba wynosi znów około 50. Wayne Wall, dyrektor ds. Bliskiego Wschodu, rozpoczął pracę niecałe dwa tygodnie przed atakiem Izraela na Iran. Inne grupy zadaniowe nadal nie funkcjonują, co dla prezydenta Trumpa problemem nie jest.
Rada Bezpieczeństwa Narodowego to kolejny organ, którego funkcja polega na doradztwie w sektorach zainteresowania samego prezydenta – znów, bez własnej analitycznej inicjatywy. Tulsi Gabbard ogłosiła również Director’s Initiatives Group; inicjatywę, której jednym z celów jest identyfikacja marnotrawstwa wydatków biurokracji w społeczności wywiadowczej. Prawdopodobnie to również zakończy się cięciami programów i wakatów. Dokładnie tak, jak zrobiono to w centrum analitycznym Biura Dyrektora Wywiadu, w którym zwolniono doświadczonych urzędników Michaela Collinsa i Marię Langan-Riekhof za to, że nie udało im się udowodnić powiązania rządu Wenezueli z gangiem Tren de Aragua.
Taryfy i biurokracja pod butem prezydenta
Proces ograniczania samodzielności departamentów widać również na przykładzie zamieszania taryfowego. Najpierw ogłoszono listę 14 krajów, wobec których kolejnym już terminem wejścia w życie ceł jest 1 sierpnia, potem dodano do niej sześć kolejnych, by w końcu do tego grona dołączyć jeszcze Brazylię. Cel tego działania jest dosyć jasny: to strategia negocjacyjna polegająca na zmuszeniu krajów do zaoferowania umów nawet nie ramowych (bo negocjowanie nawet takich jest czasochłonne i trudne), ale na konkretne produkty lub surowce, którymi Waszyngton jest zainteresowany. Istotniejszy jest jednak sam zestaw krajów zagrożonych taryfami; z jednej strony Japonia i Korea Południowa, z którymi rozmowy handlowe trwają, a z drugiej Laos i Kazachstan, w przypadku których nie mamy informacji o poważnych spotkaniach rządowych. Zaawansowanie negocjacji nie jest dla prezydenta wyznacznikiem – a Departament Skarbu i Handlu to w procesie taryfowym jedynie pośrednik pomiędzy Donaldem Trumpem a partnerami na świecie – jeśli w trakcie trwania rozmów nagle zostaje wysłany list z nowym terminem końcowym.
Jeżeli sto pierwszych dni prezydentury Trumpa było terapią szokową dla systemu, to kolejnych sto wygląda jak proces wewnętrznej reorganizacji. Donald Trump dąży do gabinetu skupionego w całości wokół silnej egzekutywy i proces zmniejszania rządu jest jednym ze sposobów osiągnięcia takiego stanu. Dla sekretarzy jednak taki układ komfortowy być nie może, skoro każde odstępstwo od odgórnie założonego celu odczytane będzie jako pomyłka, błąd – a dokładnie tak przecież prezydent wyraził się o raporcie Tulsi Gabbard dotyczącym stanu irańskiego programu atomowego.
