Przedstawiciele ponad 100 państw zebrali się w miniony weekend na dorocznej Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Zazwyczaj tych spotkań nie cechują konkrety; ich znaczenie polega raczej na tym, że stanowią barometr dla spraw, które najbardziej zaprzątają umysły uczestników. Czasami spektrum tematów jest szerokie; innym razem na stole leży jedno zasadnicze zagadnienie.
W tym roku kluczową kwestią jest zmiana w sposobie, w jaki Stany Zjednoczone postrzegają swoje miejsce na świecie. W pewnym sensie było to spotkanie kryzysowe. Nie dlatego, że świat stoi w obliczu katastrofy, lecz dlatego, że system geopolityczny ulega głębokiej transformacji, jak powiedział w swoim wystąpieniu sekretarz stanu USA Marco Rubio. A wielu uczestników postrzega te zmiany jako amerykańską zdradę.
To typowo ludzka reakcja. Funkcjonują oni w określonych ramach i kiedy rzeczywistość, która te ramy ukształtowała, ulega zmianie, postrzegają ją nie tylko jako katastrofalną, ale wręcz jako nikczemną. Każdy z nas kieruje się pewnymi normami i oczekuje, że będą trwałym przewodnikiem w życiu. Tworzenie nowej normy i dostosowywanie się do niej jest bolesne, dlatego zbyt często ból ten przypisujemy siłom niespokojnym, a nawet złowrogim.
W Monachium zasadniczy problem polega na tym, że globalny system geopolityczny uległ zmianie, podobnie jak jego normy i ktoś musi zostać obarczony winą. Odpowiedzialnością obarcza się więc Waszyngton, za zdradę dawnych zasad i destabilizację świata, uzasadniając to tak, że prezydentem USA jest Donald Trump, który w oczach wielu uchodzi za nieprzewidywalnego i nierozsądnego. Faktem jest jednak, że natura systemu geopolitycznego się zmieniła, a wraz z nią zmieniły się Stany Zjednoczone, które, jak każde wielkie mocarstwo, muszą dostosować się do nowych realiów.
Trump z pewnością zdecydował się wyraźnie zaostrzyć napięcia towarzyszące tej zmianie; być może niepotrzebnie. Sama zmiana jest jednak nieunikniona, a zaprzeczenie, lęk i gniew wobec tego, co wydawało się trwałą prawdą, są reakcjami naturalnymi.
Globalne przesunięcie wywołuje skutki na całym świecie, lecz regionem najmocniej wstrząśniętym jest Europa. Pisałem o tym wielokrotnie, ale pozwolę sobie powtórzyć: zimna wojna ostatecznie dobiegła końca, o czym świadczą ograniczenia rosyjskiej potęgi na Ukrainie. To nieuchronnie zmieniło rolę Ameryki w systemie geopolitycznym. Po II wojnie światowej Stany Zjednoczone zbudowały system ekonomiczny umożliwiający odbudowę Europy, jednocześnie rozmieszczając siły wojskowe w celu powstrzymania sowieckiej ekspansji. Celem było umożliwienie Europie odbudowy gospodarczej, a następnie stworzenie warunków do samodzielnej obrony.
Europejski kryzys wydaje się wynikać z przekonania o zdradzie zobowiązań wobec bezpieczeństwa kontynentu. Rzeczywistość jest jednak taka, że Europa roku 2026 nie jest Europą z 1945. Łączny PKB Unii Europejskiej jest nieco wyższy niż PKB Chin. Nie ma ekonomicznego powodu, dla którego Europa nie mogłaby się sama bronić, zwłaszcza w świetle ostatnich niepowodzeń Rosji. Moskwa poniosła porażkę w Ukrainie i utraciła kontrolę nad Kaukazem Południowym oraz Azją Centralną, regionami, które wcześniej znajdowały się w radzieckiej (a potem rosyjskiej) strefie wpływów. Oznacza to zasadniczo odmienną i znacznie słabszą pozycję geopolityczną Rosji.
W tej sytuacji przesłanki amerykańskich gwarancji obronnych tracą aktualność. Gospodarka europejska została odbudowana, a zagrożenie rosyjskie wyraźnie zmalało. Wzrost gospodarczy może finansować rozwój zdolności wojskowych niezbędnych do obrony Europy dziś i w przyszłości.
Innymi słowy, amerykańska misja w Europie została zrealizowana. Europa znów jest zamożna i może wystawić siły zdolne do obrony przed znacznie osłabionym przeciwnikiem. Warto przypomnieć, że Waszyngton wspierał odbudowę Europy Zachodniej nie z moralnego imperatywu, lecz z geopolitycznej konieczności. Ta konieczność nie jest już pilna. W najbliższej perspektywie Europa nie stoi wobec poważnego zagrożenia, ma więc czas i zasoby, by budować własne zdolności obronne. Przekształcając relację geopolityczną w zobowiązanie moralne, Europa próbuje dość cynicznie przekonać Stany Zjednoczone, żeby ponosiły ciężar, który sama jest w stanie udźwignąć.
Problem polega również na tym, że „Europa” to nazwa kontynentu, obejmującego w zależności od definicji nawet 50 suwerennych państw, z których każde kieruje się własnym interesem narodowym. Kluczowe pytanie brzmi, czy Europa jest w stanie zrobić to, co konieczne: stworzyć europejskie siły zbrojne pod kontrolą europejskiego państwa, finansowane z łącznego bogactwa kontynentu. W debacie tej istnieje również wymiar kulturowy. Ogólnie rzecz biorąc, Europejczycy są mniej entuzjastycznie nastawieni do służby wojskowej, której prestiż jest niższy niż w Stanach Zjednoczonych.
Łatwiej mówić o amerykańskiej zdradzie, niż zmierzyć się z własnymi zobowiązaniami. Europa przez wieki była regionem konfliktów między państwami dążącymi do dominacji nad sobą nawzajem. Otwarte pozostaje pytanie, czy potrafi przezwyciężyć swoją brutalną historię oraz rozbieżne interesy na tyle, żeby skutecznie się bronić.
To było zasadnicze pytanie stojące przed przywódcami w Monachium: czy Europa może przekształcić się z kontynentu małych, podzielonych i wzajemnie nieufnych państw, w globalną potęgę? Z geopolitycznego punktu widzenia jest to imperatyw. Istnieje jednak także pytanie moralne i historyczne: czy Europa jest skazana na powrót do tragicznej historii podziałów i wrogości? Być może. Obwinianie Stanów Zjednoczonych za domniemaną zdradę jednak jej nie pomoże; konieczne jest zrozumienie nowej rzeczywistości.
Taki jest efekt ewolucji uwarunkowań geopolitycznych.
Tekst ukazał się orygnialnie na stronie www.geopoliticalfutures.com


