Niedawno na łamach „Układu Sił” pisałem, że Stany Zjednoczone dążą do sytuacji, w której są w stanie kontrolować eskalację konfliktów. Unikają zatem zobowiązań wobec sojuszników i partnerów, które mogłyby narazić je na konieczność zaangażowania się w stopniu dla siebie niekorzystnym. Prawdopodobnie dlatego Waszyngton nie odpowiedział stanowczo na rosyjską prowokację dronową w Polsce. Szybkie ukaranie Rosji, na przykład poprzez sankcje lub wysłanie dodatkowych sił na wschodnią flankę, byłoby sygnałem, że USA biorą na swoje barki obronę Europy. Byłoby to sprzeczne z ich celami i narracją, według której siły amerykańskie są niewystarczające, by można je było odciągać od głównego teatru, którym jest Indo-Pacyfik.
Brak stanowczej reakcji też jednak był dla Stanów Zjednoczonych kłopotliwy. Obniżył bowiem morale państw wschodniej flanki oraz i tak już nadwyrężone zaufanie do najważniejszego sojusznika. Co może jednak bardziej istotne z punktu widzenia osoby tak wyczulonej na swoim punkcie jak Donald Trump, dał paliwo tym wszystkim, którzy chcą go przedstawiać jako przyjaciela Putina i człowieka co najmniej obojętnego na los Ukrainy. Jeżeli w tym duchu ocenić kolejny ruch Trumpa, mianowicie wysłanie i opublikowanie listu do przywódców NATO, należy uznać, że jest on przemyślany i realizuje kilka ważnych celów.
Trump wyraził oczekiwanie, że państwa sojuszu przestaną kupować rosyjską ropę oraz że nałożą cła w wysokości od 50 do 100 proc. na Chiny w związku ze wsparciem, którego udzielają Rosji. Wcześniej domagał się tego od Unii Europejskiej, dodając jeszcze Indie jako państwo, które powinno zostać obłożone cłami. Oczekiwania te należy też odczytywać jako odpowiedź na szczyt tzw. koalicji chętnych, który odbył się w Paryżu 4 września. Po jego zakończeniu prezydent Francji Emmanuel Macron powiedział, że 26 krajów wyraziło chęć udzielenia Ukrainie gwarancji bezpieczeństwa po zakończeniu wojny. Był to sygnał w kierunku USA i światowej opinii publicznej: „My jesteśmy gotowi, czekamy teraz na ruch ze strony Waszyngtonu”.
Wskazując na kwestię surowców energetycznych, Trump prawdopodobnie starał się wykazać hipokryzję Europejczyków. Trzeba mu oddać słuszność, ponieważ Stany Zjednoczone nie kupują ropy i gazu z Rosji, a państwa europejskie tak. Nie chodzi tylko o Węgry i Słowację, które grają w otwarte karty i ich import ropy pochodzi niemal w całości z tego kierunku, ale także o Francję. Jest ona największym europejskim odbiorcą rosyjskiego LNG i tylko w sierpniu, według wyliczeń Center for Research on Energy and Clean Air, zapłaciła za niego 157 mln euro. Na drugim miejscu była Holandia (65 mln euro) a na trzecim Belgia (64 mln euro).
Ważne jest także zwrócenie uwagi na Indie. Podmioty z tego kraju kupują tanią ropę z Rosji, a następnie produkują z niej paliwa, które sprzedają do Europy. Według wyliczeń Agencji Reutera, indyjski gigant naftowy Reliance importuje najwięcej, czyli 43 proc. surowca z kierunku rosyjskiego, a największym odbiorcą jego produktów ropopochodnych (28 proc.) są państwa europejskie.
Od grudnia 2022 roku do sierpnia roku 2025 Indie odebrały 38 proc. całego rosyjskiego eksportu ropy naftowej. Tylko w sierpniu zapłaciły za nią odpowiednik 3,6 mld euro. Odgrywają więc ogromną rolę w finansowaniu wysiłku wojennego Rosji. Co istotne, nie zyskują już na tym wiele. Obecnie, jak pisze Bhaskar Chakravorti na łamach „Foreign Policy”, rosyjska ropa jest jedynie o 3-4 dolary tańsza niż ta, którą można kupić na rynkach światowych. Oznacza to oszczędność na poziomie 9-12 mld dolarów rocznie. Gdyby Indie zrezygnowały z niej oraz z zakupu relatywnie taniego rosyjskiego uzbrojenia na rzecz innych dostawców, kosztowałoby je to ok. 0,2-0,3 proc. PKB w skali roku.
Tymczasem szacunki mówią, że w wyniku amerykańskich ceł stracą od 0,3 do 0,6 PKB. Matematyka jest zatem prosta już teraz, a gdyby Europejczycy dołączyli się do tej presji, mogłaby ona szybko przekonać New Delhi do zmiany polityki, a tym samym znacznego pognębienia Moskwy. Komisja Europejska natomiast właśnie ogłosiła „nowy strategiczny program podniesienia na wyższy poziom relacji z Indiami”, zakładający pogłębienie współpracy w dziedzinie gospodarki, obronności, technologii, infrastruktury komunikacyjnej oraz zmian klimatu.
Ale to nie koniec. Jak przekonuje Ashley J. Tellis w „Foreign Affairs”, Indie są skazane na sojusz, a przynajmniej bliskie relacje z USA. Są w kleszczach pomiędzy potężnymi Chinami a nuklearnym Pakistanem i nic nie wskazuje na to, żeby samodzielnie były w stanie zabezpieczyć się przed wynikającymi z tego zagrożeniami. PKB Indii ma szansę znacząco zbliżyć się do chińskiego do roku 2050 tylko w najbardziej korzystnym scenariuszu, czyli jeżeli będzie rosnąć w tempie 8 procent rocznie. Gospodarka Chin musiałaby natomiast rozwijać się zgodnie ze scenariuszem najmniej przychylnym, czyli w tempie 2 proc. Nawet wtedy jednak Indie nie osiągną swobody wynikającej z pozycji wielkiego mocarstwa.
Idąc jednak dalej, jest oczywistym, że warunek, który Trump postawił Europie w postaci ceł na Chiny, jest nie do zrealizowania, biorąc pod uwagę jej zależność gospodarczą od Pekinu. Chińskie władze ostentacyjnie ją eksploatują – 16 września Izba Handlu Unii Europejskiej w Chinach przekazała, że Pekin wciąż wstrzymuje eksport minerałów ziem rzadkich do państw bloku, pomimo ustaleń ze szczytu, który odbył się pod koniec czerwca. Mimo to jednak żądania Trumpa zwiększają presję na Chiny, co jest mu potrzebne w ramach negocjacji, które prowadzi z tym państwem w kwestii kompleksowych warunków wzajemnego handlu. Już teraz widać pewne ustępstwa, takie jak wstępne porozumie w spraiwe sprzedaży przez ByteDance większości udziałów w amerykańskiej gałęzi TikToka.
Warto też dostrzec, że, jak pisze Stanisław Niewiński na łamach „Układu Sił”, obserwowane są pewne sygnały świadczące o tym, że wewnętrzna pozycja przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpinga słabnie. Jednym z proponowanych wytłumaczeń są problemy gospodarcze, które toczą państwo pod jego rządami. To spowalniający wzrost gospodarczy, wysokie bezrobocie wśród młodych, słaby popyt wewnętrzny, brak zaufania konsumentów do państwa oraz nadprodukcja w wielu obszarach, dla której Pekin nie umie znaleźć ujścia w kraju i za granicą (chińskie koncerny motoryzacyjne próbują obecnie szturmem wedrzeć się na europejski rynek). Być może zatem presja na Europę w kwestii Chin jest też presją na samego Xi, by porozumiał się z Amerykanami w sprawach gospodarczych, ale i strategicznych, co obejmowałoby także stosunek wobec Rosji.
Z pewnością obraz wyłaniający się z powyższych faktów nie jest czarno-biały i nie jest jasne, jakie ostatecznie intencje ma Donald Trump. Jednak postawy Europy i USA także nie można rozpatrywać w kategoriach manichejskich. Zobowiązanie do zagwarantowania Ukrainie bezpieczeństwa po zakończeniu wojny można złożyć stosunkowo łatwo. Znacznie trudniej jest doprowadzić do końca wojny. Na to jednak, jak widać, państwa nie mają pomysłu, a być może nawet chęci.


