W takich przełomowych czasach państwa „na styku”, takie jak Polska, położona między Rosją a Niemcami, powinny być szczególnie uważne, a zarazem odpowiedzialne. Powinny nas chronić społeczna harmonia oraz trzeźwe, rozważne i przewidujące rządy. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie: na naszej scenie wewnętrznej dominują plemienne spory i kłótnie, a żadnej jedności, nie mówiąc o racji stanu, nawet nie widać na horyzoncie. Zamiast nich mamy racje plemienne oraz codzienną rąbankę medialną i parlamentarną.
Protektorat miast niepodległości
W takich turbulentnych czasach jak dzisiejsze szczególną wagę mają głosy trzeźwości, zdrowego rozsądku, racjonalizmu. Tymczasem w tej rzadko u nas występującej galerii trudno znaleźć lepszą argumentację niż znane od lat, ostatnio już niesłyszane publicznie, ale przynajmniej przez niektórych dobrze pamiętane, zdroworozsądkowe, rozumne i logiczne, a często cięte jak brzytwa wywody krakowskiego myśliciela Bronisława Łagowskiego, publicysty wyspecjalizowanego w krótkich, felietonowych formach.
Jego rozproszone po czasopismach, chociaż przez lata skumulowane w tygodniku „Przegląd” wywody były już zbierane w różnych tomach. Jednakże ten – „Czy Polskę stać na niepodległość?” – starannie podporządkowany wiodącemu tematowi, czyli zdolności naszego państwa do samodzielnego myślenia i działania, tak na scenie wewnętrznej, jak zewnętrznej, przez wiernego autorowi redaktora Jana Sadkowskiego, jest wyjątkowo trafiony w czasie i tematyce. Turbulencje na scenie światowej zmuszają nas bowiem do samodzielnego myślenia, a Łagowski akurat pod tym względem jest arcymistrzem.
Często nie owija w bawełnę, bije mocno i celnie. Niektóre jego zdania i sądy to wręcz aforyzmy. Na przykład: „Polska ma rządy wyjątkowo infantylne i niezdarne”, za to takie, które „chcą decydować o tym, jak przebiegają linie frontów na świecie”. Choć znamy powiedzenie „mierz siły na zamiary”, nasze zamiary, pomysły i koncepcje często nie liczą się w ogóle z siłami, tak własnymi, jak i potencjałem innych. Dlatego chętnie idziemy w bój czy to z Rosjanami, czy z Niemcami (nierzadko z oboma naraz), ale równocześnie nie przeszkadzało nam przez dekady, że tę naszą „polityczną nieważkość” na wszelkie sposoby usiłowano neutralizować – najchętniej poszukiwaniem prawdziwego „pana”.
Znaleziono go za oceanem. Każde kolejne rządy w Warszawie po 1989 roku „przy pierwszej okazji postarały się podporządkować Polskę życzeniom Stanów Zjednoczonych, bo w nich widzą pana świata i obrońcę wszystkich demokratów”. Wręcz brutalny, ale do bólu trzeźwy wywód Łagowskiego brzmi tak: „Tak jak hasło »solidarność« od początku oznaczało zanegowanie solidarności narodowej i walkę do utraty przytomności umysłowej Polaków solidarnych z Polakami o odmiennych poglądach, tak też slogany niepodległościowe znaczyły i znaczą poszukiwanie protektora, który by zapewnił Polsce bezkarność w jej propagandowej, a jak się da, to również politycznej wojence z Rosją i Niemcami”.
A jak przegramy? No cóż, mamy bogate historyczne tradycje „masochistycznego przeinaczania klęsk w zdarzenia chwalebne”, bowiem ten „masochistyczny składnik polskiego patriotyzmu współistnieje z moralną megalomanią, przekonaniem, że przeciwstawienie: my i nasi wrogowie – pokrywa się z podziałem na dobro i zło”. Inaczej mówiąc, czujemy się moralnie zwolnieni z odpowiedzialności za klęski, które sami na siebie sprowadziliśmy.
„Nie troszczyłbym się o demokrację, gdyby istniała w Polsce elita władzy zdolna do rządzenia, posiadająca ogładę polityczną i troszcząca się o interes narodowy. Nie ma w Polsce takiej elity”
Intencje silniejsze od skutków
Za sprawą Trumpa ten okres politycznej nieważkości najwyraźniej minął, kto wie, czy nie bezpowrotnie. Dzisiaj wyzwania są na tyle poważne, że należy ponownie głęboko zastanowić się nad przyszłymi losami naszego państwa, jako że ponownie znaleźliśmy się na wyrazistym historycznym zakręcie czy progu. Dlatego wznowiona lektura przenikliwych, choć niejednokrotnie bolesnych tekstów Łagowskiego jest teraz szczególnie wskazana.
Podkreśla on bowiem, że zawsze dobrze się u nas miał „patriotyzm romantyczny”, który „polega na kulcie idei narodu przy jednoczesnej ślepocie na los realnego narodu”. Ujmując to inaczej: „etyka intencji zastąpiła etykę odpowiedzialności za skutki”. A równocześnie uwielbiamy też grę pozorów, ponieważ „wiadomo, że Rosja szanuje tylko siłę, a więc będziemy udawać silnych”. Nadal jednak jest to tylko udawanie, a nie prawdziwe zwiększanie własnej mocy i potencjałów.
Autor stwierdza ponadto: „Nie troszczyłbym się o demokrację, gdyby istniała w Polsce elita władzy zdolna do rządzenia, posiadająca ogładę polityczną i troszcząca się o interes narodowy. Nie ma w Polsce takiej elity”. Na dodatek: „Nasz bagaż kulturowy jest ubogi, wtórny i naśladowany”. Po upadku ZSRR to ostatni taki przypadek. Został nam on podyktowany przez „jedyne supermocarstwo”, Stany Zjednoczone Ameryki, w postaci dwóch pakietów: neoliberalnego, całkowicie podporządkowanego siłom rynkowym „konsensusu z Waszyngtonu”, oraz liberalnej demokracji, kładącej większy nacisk na wartości niż na siły i interesy. Raz jeszcze idealizm wyparł realizm, co teraz próbuje odwrócić Trump i wielu innych, także w Europie i u nas.
Co gorsza, „państwo polskie nie strzeże ani tajemnic dyplomatycznych, ani wojskowych”. A to tymczasem jest niczym innym jak samowolnym wystawianiem się na strzał naszych oponentów i wrogów. Takie postępowanie i nieodpowiedzialność, a nawet brak jedności w służbach czy wymiarze sprawiedliwości w żaden sposób nie dadzą się utrzymać w czasach przełomu, takich jak obecne. Albo posłuchamy głosu rozsądku Łagowskiego, albo marny nasz los.
Czy polityczny realizm zastąpi nam niejako wrodzony „romantyczny patriotyzm”, czy będzie nas stać na prawdziwą niepodległość, jak słusznie zapytano już w tytule tego niezmiernie ważnego w obecnej dobie zbioru? Można w to wątpić w zestawieniu z realiami. Na przykład tak widzianymi przez autora, a dotyczącymi głównego nurtu naszych mediów: „W Polsce dziennikarze kochają oceniać; obiektywizm w opisywaniu faktów sprawia im przykrość, bo nie czują się wówczas demiurgami zdarzeń. Czują się nimi, gdy oceniają, pouczają, karcą, szydzą”. Niestety, ten opis w dużej mierze należy też rozciągnąć na naszych polityków, co też źle wróży na przyszłość.
Ukrainą bić Rosję
Zebrane w tomie teksty były pisane w latach 1991-2019. Publicystyka Łagowskiego nie obejmuje już więc okresu najnowszego, w tym tego po pełnoskalowej rosyjskiej agresji na terenach Ukrainy. Autor odnosi się jednak zarówno do pomarańczowej rewolucji w Kijowie w pierwszej dekadzie tego stulecia, jak też do konsekwencji wybuchu pierwszej wojny o Donbas oraz zajęcia Krymu przez Rosjan w 2014 roku. Łagowski, z rodzinnymi korzeniami na Wołyniu, jest tu nieco stronniczy; nie widzi na przykład różnicy między Ukraińcami i Rosjanami, która tak wyraziście wyłoniła się dopiero po 2022 roku. Równocześnie konsekwentnie uderza w polskie elity za ich brak wyobraźni w stosunku do Rosji i brak polityki wschodniej, sprowadzony – w jego ocenie – do jednego, podstawowego przesłania: „Trzeba zwalczać Rosję i wykorzystywać do tego celu Ukrainę”.
To niewątpliwie najbardziej kontrowersyjna, ale też godna solidnej debaty część wywodów Bronisława Łagowskiego, a taka debata aż się prosi o przeprowadzenie w kontekście obecnych działań Donalda Trumpa i jego administracji. W ich wyniku straciliśmy bowiem dotychczasowe azymuty i filary, nawet te wewnątrz Unii Europejskiej i kto wie, czy także i nie te w ramach NATO. Wyprowadzenie Amerykanów spod rzeszowskiej Jasionki jest znamiennym głosem ostrzegawczym, nie jedynym zresztą.
Niemniej naszą racją stanu są dobre sojusze, a innych niż NATO i UE dzisiaj nie mamy. Dlatego trzeba o nie i nasze członkostwo w nich dbać. Chociaż już jak na dłoni widać, że opieranie się tylko na tych dwóch filarach, co było nadrzędnym kanonem przez ostatnie lata, w obecnych zawirowaniach globalnych zamienia się w strategię nie do końca pewną, jeśli nie ryzykowną. Zamiast łączących dotychczas te organizmy wartości mamy w grze nagą siłę. Zamiast idealizmu wszedł na scenę brutalny realizm. Zamiast podtrzymywania demokracji i praw człowieka, jak dotąd, mamy na agendzie wymuszanie podporządkowania się mocniejszemu. To zupełnie inny świat niż ten w minionych dekadach, z czego chyba jeszcze nie do końca zdają sobie sprawę władze w Warszawie (vide dwa ostatnie exposé ministra Radosława Sikorskiego).
Trzeba mieć dziś świadomość, że na porządku dziennym staje już nie tylko rosyjska agresja i wojna na terenach Ukrainy, lecz po prostu nowa architektura bezpieczeństwa w Europie i świecie transatlantyckim, która dotychczas wydawała się pewna i stabilna. Ona też stanęła niestety pod znakiem zapytania, jest objęta niepewnością.
Na takim historycznym zakręcie jak ten obecny pierwszorzędne zadanie odpowiedzialnego państwa i jego władz to nakreślenie strategii i sojuszy, bo sami mocarzom nie damy rady. Trzeba zacząć od sporządzenia solidnego, rzeczowego inwentarza własnych mocy i słabych stron, by dopiero na tej podstawie snuć prognozy ewentualnych zysków lub strat. Chcąc wybić się na niepodległość i utrzymać ją, nie możemy bujać w obłokach i nadal tkwić, jak przez ostatnie dekady „geostrategicznej pauzy”, w oparach nieodpowiedzialności czy stanie politycznej nieważkości, jakby niewiele od nas zależało.
Teraz natomiast zależy – i to bardzo. To nie jest czas na fantasmagorie i negowanie rzeczywistości. W chwili historycznych zwrotów, a w taki ponownie weszliśmy, przede wszystkim liczą się czyny, fakty, dane i zasoby, a nie słowa, nawet najbardziej górnolotne i rysujące świetlaną przyszłość. Chcąc nie chcąc trzeba dostosować się do nowych uwarunkowań, bowiem – tu znowu cytat aforyzmu: „Etyka państwowa polega na konformizmie, nie kontestacji” – sami Ukrainy nie wyzwolimy, a Rosji nie pobijemy.
W takich czasach niepewności i wielkiego zamętu tym bardziej należy sięgać po przenikliwe i jakże wartościowe teksty Łagowskiego i traktować jego głęboko przemyślane, choć nie zawsze przyjemne w odbiorze poglądy jako wskazówki, jeśli nie przewodnik w naszym obecnym dyskursie. Mamy bowiem czas strategicznej nierównowagi oraz chaosu i zamętu. Z nich po jakimś czasie, dziś nieznanym tak co do długości, jak i skali, wyłoni się nam nowy porządek i ład. Zajmiemy w nim, co niemal pewne, lepsze miejsce, jeśli przynajmniej po części uwzględnimy – co już nieco mniej pewne – wartościowe i jakże cenne postulaty krakowskiego myśliciela, nieraz brzmiące jak bliski autorowi dzwon Zygmunt. Gdy larum grają, sięgajcie po Łagowskiego!

