Układ Sił

Pułapka finansjalizacji: anatomia amerykańskiego dualizmu gospodarczego

MAŁGORZATA KORECKA

Pułapka finansjalizacji: anatomia amerykańskiego dualizmu gospodarczego

Ameryka nigdy nie była tak bogata — i tak niespokojna. W 2026 roku gospodarka USA przypomina organizm rozdarty między euforią inwestycyjną a strukturalnym kryzysem, tworząc obraz nowych, podzielonych Stanów Zjednoczonych.

Pomimo chaotycznych wiadomości docierających zza oceanu amerykańska gospodarka zdaje się doskonale prosperować. Wskaźniki mówiące o ekonomicznej kondycji kraju — zachowania rynków kapitałowych, poziom inflacji czy wzrost PKB — prezentują wszak dość optymistyczny obraz sytuacji.

Uważniejsze spojrzenie szybko jednak może podważyć tę pozytywną narrację. Coraz więcej danych wskazuje na to, że sytuacja jest znacznie bardziej złożona. Podczas gdy zachowania amerykańskich rynków kapitałowych czy stopa wzrostu PKB są imponujące, ekonomiczna sytuacja większości Amerykanów od lat zdaje się wyraźnie pogarszać. Pozytywny obraz sytuacji, jaki przedstawiają wskaźniki makroekonomiczne, niekoniecznie koresponduje z rzeczywistością, w której żyją setki milionów obywateli USA. Skala wzrostów na rynkach, utrzymujących się mimo niezliczonej ilości sygnałów o coraz wyraźniejszych problemach amerykańskiej gospodarki, skłaniać zaczęła ekonomistów do szerzenia ostrzeżeń o bańce, w jakiej mielibyśmy się znajdować. Choć nie da się pozostać ślepym na spekulatywny pierwiastek obecnej hossy rynkowej, ma ona jednak również inne, ważniejsze wytłumaczenie.

Ameryka 2025 roku jest bowiem w stanie strukturalnego rozdwojenia. Skala rozdźwięku między ekonomiczną sytuacją amerykańskich elit a resztą społeczeństwa sprawiła, że nie można mówić już tylko o wzroście finansowych nierówności czy spadku stopy życiowej klasy średniej. Mamy raczej do czynienia z istnieniem dwóch niezależnych od siebie gospodarek, funkcjonujących równolegle w ramach jednego systemu ekonomicznego.

Najdobitniejszym — choć nie jedynym — dowodem na poparcie takiej tezy są właśnie rynki kapitałowe. Mimo rekordowo wysokich poziomów, na jakich utrzymują się tamtejsze indeksy giełdowe czy ewaluacje rynkowe spółek, sytuacja makroekonomiczna niekoniecznie uzasadnia tak optymistyczne wyniki. Ostatni rok obfitował w szereg politycznych zawirowań, negatywnych danych ekonomicznych, kontrowersyjnych ogłoszeń i kwestionowalnych decyzji o kluczowym znaczeniu, lecz znikomym wpływie na zachowanie giełdy. Nikła reakcja rynków na falę negatywnych wiadomości pozostaje zaś coraz trudniejsza do uzasadnienia. Korelacja, jaka historycznie występowała między kondycją szerszej gospodarki a zachowaniem giełdy, jest obecnie poważnie ograniczona.

Wyzwania klasy średniej

Podczas gdy giełdowe indeksy oferują bezprecedensowe zwroty, turbulencje polityczne — wojny, taryfy i kontrowersyjna legislacja — odbijają się na zwykłych Amerykanach. Sytuacja amerykańskiej klasy średniej, pogarszająca się od dekad, od kilkudziesięciu lat nie była równie zła, co obecnie. Wyzwania strukturalne, takie jak postępująca monopolizacja rynków, rosnące nierówności finansowe czy dezintegracja zabezpieczeń socjalnych, zaognione zostały przez bieżące problemy ekonomiczne.

Dla dużej części społeczeństwa płace nie nadążyły bowiem za inflacją, a wyczerpanie się stymulujących czeków wydawanych przez administrację Bidena pozbawiło Amerykanów amortyzacji przed turbulencjami gospodarczymi. Jednocześnie pogorszenie się sytuacji makroekonomicznej – przejawiające się w znikomej ilości nowych miejsc pracy, przewidywanym wzroście cen w rezultacie nowych taryf czy rosnących wskaźnikach

niewypłacalności – czyni finansowanie nawet najbardziej podstawowych potrzeb coraz większym wyzwaniem.

Finansowe trudności Amerykanów znajdują odbicie w konkretnych wskaźnikach makroekonomicznych. Michigan Index, mierzący nastroje konsumenckie w USA, spadł ze szczytów z 2020 roku — gdy utrzymywał się na poziomie 101 punktów — w okolice 55. Dobitnie wskazuje to na wyraźne pogorszenie sposobu, w jaki mieszkańcy Ameryki postrzegają stan finansów kraju. Ów pesymizm wiąże się z realnymi problemami finansowymi obywateli USA. Obecny wskaźnik zaległości w spłacie kredytów subprime jest na najwyższym poziomie od lat 90, i nie jest jasne, jak Amerykanie mieliby ową sytuację zmienić. 

Zgodnie z danymi BLS (Bureau of Labor Statistics), w sierpniu 2025 roku powstało jedynie 22 tysiące nowych miejsc pracy; to znikoma liczba dla państwa mającego niemal czterysta milionów obywateli. Co więcej, zrewidowano w dół o szokujące dziewięćset tysięcy liczbę miejsc pracy powstałych w okresie marzec 2024-2025, wskazując na rosnącą, długofalową słabość rynku zatrudnienia. Według danych „Fortune”, 58 proc. studentów, którzy zakończyli edukację w ostatnim roku, wciąż szuka pracy. Amerykanie pozbawieni zostali perspektyw w wyjątkowo niekorzystnej sytuacji ekonomicznej: inny raport BLS dowiódł bowiem, że od 2021 roku średni wzrost płac nie przegonił odnotowanej w tym okresie inflacji (CPI), a nawet nie był w stanie jej przynajmniej dorównać. Podczas gdy w tym okresie CPI wyniosło 22.7 proc., wynagrodzenia urosły jedynie o 21.8 proc., przekładając się na realny spadek pensji o 0.9 proc.

Spekulacyjne szaleństwo?

Amerykańska klasa średnia mierzy się z egzystencjalnymi problemami. A jednak zyski na Wall Street nieustannie rosną, napędzane falą inwestycji w sztuczną inteligencję i parabolicznym wzrostem rynkowej kapitalizacji największych technologicznych spółek. Owa ślepota rynków sprawiła, że od miesięcy co drugi nagłówek w prestiżowej prasie biznesowej zdaje się grzmieć o bańce AI, a o podobnym ryzyku wypowiadali się ostatnio Jeff Bezos, Sam Altman czy Mark Zuckerberg. Co więcej, obawy o brak rynkowych fundamentów obecnej hossy popierają również dane ekonomiczne. Według ekonomisty z Harvardu, Jasona Furmana, wyłączywszy inwestycje w sektor technologiczny, wzrost PKB zarejestrowany przez USA w pierwszej połowie 2025 wynosiłby jedynie 0.1 procenta. Oznaczałoby to, iż branża AI odpowiedzialna jest dzisiaj za szokujące 92 proc. wzrostu produktu krajowego. Szacunki te drastycznie zmieniają obraz bieżącej sytuacji; w takim scenariuszu bowiem realna gospodarka – niepowiązana z działalnością Doliny Krzemowej – przez pierwsze pół roku pozostawała na granicy stagnacji.

Stopień, w jakim inwestycje technologiczne były w stanie zmienić wydźwięk danych ekonomicznych, nie jest jednak specjalnie szokujący. Skala zysków osiągniętych na przestrzeni ostatnich trzech lat, jest bowiem prawdziwie astronomiczna. Od 1 stycznia 2023 roku cena akcji Nvidii — ulubieńca inwestorów i symbolu szału na AI — poszła do góry o szokujące tysiąc procent (konkretniej zaś, na stan z 12 grudnia, ponad 1117 proc.). W tym samym okresie jeszcze bardziej wzrósł na przykład Palantir, który poszybował o 2833.4 proc. Bardziej dojrzałe firmy, takie jak Meta czy Microsoft, urosły zaś o odpowiednio

402 i 115 proc. Indeks giełdowy S&P500, będący agregatem 500 amerykańskich spółek o największej kapitalizacji rynkowej, w tym okresie poszedł do góry o 80 proc. Z kolei S&P500 wzrósł od najniższych poziomów w kwietniu o 38.5 proc., Goldman Sachs o 89 proc., Palantir o 153.2 proc., Robinhood o 257.6 proc., a Nvidia o 77.8 proc.. Nasdaq100, grupujący najważniejsze technologiczne spółki, urósł o ponad 54 proc..

Tak zawrotny poziom zwrotów ma odbicie w statystykach. The Buffett Indicator, będący wskaźnikiem mierzącym wartość PKB USA względem kapitalizacji rynkowej amerykańskiej giełdy, osiągnął ostatnio rekordowy poziom ponad 225 proc. Oznacza to, że wartość spółek giełdowych jest dwukrotnie większa   od wartości całej gospodarki Stanów Zjednoczonych. Według wyliczeń opublikowanych przez Morgan Stanley, za trzy czwarte całkowitych zysków rynkowych, 80 proc. wzrostu zysków i aż 90 proc. wzrostu wydatków kapitałowych firm w S&P 500 odpowiedzialne są największe firmy technologiczne.

Jednakże, mimo powtarzanych od miesięcy ostrzeżeń o bańce finansowej, załamania na giełdzie nie było. Krótkotrwałe spadki, jakie odnotowano w kwietniu, posłużyły jedynie jako trampolina dla jeszcze bardziej spektakularnego odbicia notowań amerykańskich spółek. Każda kolejna informacja o miliardach zainwestowanych w AI, jednodniowych wzrostach akcji o 15, 20 czy 30 proc., każdy kolejny rekordowy szczyt amerykańskich indeksów, prowadzą jedynie do natężenia głosów o nieuniknioności załamania na rynkach. A mimo to notowania wciąż rosną i nie sposób przewidzieć, kiedy przestaną.

Czy można więc założyć, że wszyscy się mylą? Że instrumenty finansowe wcale nie są wycenione znacznie powyżej swojej wartości, że Amerykanom wciąż żyje się dobrze, sytuacja polityczna i ekonomiczna nie podważa zaufania do rynków, a miliardy wydane na AI wreszcie zaczną się zwracać? Co mogłoby potencjalnie tłumaczyć podobne zaślepienie? Jak to możliwe, że wszystkim żyje się coraz gorzej, wskaźniki makroekonomiczne przedstawiają coraz bardziej negatywny obraz sytuacji, a notowania wciąż idą w górę?

Jeden kraj, dwa systemy ekonomiczne

Szaleńczy poziom zysków i inwestycji na rynkach niekoniecznie musi być przejawem nieracjonalnego entuzjazmu inwestycyjnego czy fali spekulacji. Obecna sytuacja jest raczej logicznym przejawem fundamentalnej dysfunkcji współczesnej gospodarki amerykańskiej, niż ekonomiczną anomalią. Skala finansowego rozwarstwienia wewnątrz społeczeństwa USA, połączona z umocnieniem pozycji wielkich korporacji, parabolicznym wzrostem bogactwa finansowej elity i strukturalnym podważeniem pozycji klasy średniej, doprowadziła finalnie do sytuacji, w której mówić można o równoległym funkcjonowaniu w ramach jednej gospodarki dwóch, niemających ze sobą wiele wspólnego systemów finansowych.

Mówiąc o gospodarce danego państwa mówimy bowiem w teorii o złożonym, zintegrowanym systemie makroekonomicznym, obejmującym krajową konsumpcję, funkcjonowanie rynków kapitałowych, wymianę handlową czy wskaźniki aktywności przemysłowej. Wszystkie te czynniki wzajemnie na siebie oddziałują, tworząc jeden kompleksowy ekosystem; podobnie jak w prawdziwych ekosystemach wszystko jest tu w nierozerwalny sposób połączone, wzajemnie się przenikając i formując.

W USA jednak sytuacja od dekad odbiega tego założenia. Coraz wyraźniej widać, że rzeczywistość najbogatszych obywateli kraju, obejmująca też amerykańskie rynki finansowe i gros aktywności gospodarczej, nie jest tą samą, w jakiej żyje 90 proc. społeczeństwa. Co więcej, stopniowo zmniejsza się stopień, w którym oba te światy wzajemnie oddziałują na siebie. Skompromitowana została idea ekonomii skapywania (trickle-down economics); bogactwo, w jakim pławią się najbogatsi Amerykanie, nie przekłada się już na poziom dobrobytu zwykłych obywateli.

Okres powojenny stanowił złoty wiek dla amerykańskiej klasy średniej. Reformy rozpoczęte przez w latach 30. przez Roosevelta, w połączeniu z boomem przemysłowym, uczyniły z idei amerykańskiego snu rzeczywistość przeważającej większości obywateli. Zwykli Amerykanie po raz pierwszy w równie dużym stopniu uczestniczyć zaczęli w gospodarczym życiu kraju, a klasa średnia stała się znacznie liczniejsza i potężniejsza, stanowiąc fundament gospodarki i wywierając bezprecedensowy wpływ na polityczną i ekonomiczną sytuację państwa. Wszystko to tworzyło wyraźną korelację między finansową pozycją Amerykanów, a szerszą sytuacją makroekonomiczną i co za tym idzie kondycją rynków finansowych. Długofalowy dobrobyt mas stał się swego rodzaju imperatywem: nowym status quo i fundamentem ekonomicznego dobrobytu kraju.

Na przestrzeni ostatnich dekad sytuacja jednak zmieniła się diametralnie. W tym okresie miała miejsce epokowa transformacja, której większość ludzi nie odnotowała, bądź nie chce odnotować. Zgodnie z danymi Rezerwy Federalnej, najbogatszy 1 proc. Amerykanów jest dzisiaj w posiadaniu 31 proc. narodowego bogactwa; górny 10 proc. posiada go zaś 67.4 proc. Najbiedniejsze 50 proc. Amerykanów, będące wszak połową społeczeństwa, odpowiedzialne jest za marne 2.5 proc.; to odsetek, który uznać można za błąd zaokrąglenia. Według danych Moody’s Analytics, jednej z czołowych agencji ratingowych, górne 10 proc. najbogatszych obywateli odpowiedzialne jest aż za 50 proc. krajowej konsumpcji. Ekonomiczne znaczenie amerykańskiej klasy średniej, to jest osób zarabiających od dwóch trzecich do dwukrotności mediany dochodu gospodarstwa domowego, drastycznie zmalało: przeciętni Amerykanie zmarginalizowani zostali w ich własnym kraju.

Zmiana ta widoczna jest również na rynkach finansowych. Według Rezerwy Federalnej, najbogatsze 10 proc. Amerykanów jest w posiadaniu aż 93 proc. amerykańskich akcji. Oznacza to, że bezprecedensowe zyski, jakie w ostatnich latach odnotowywała giełda, pozostawały w swego rodzaju obiegu zamkniętym, trafiając z powrotem do najbogatszych obywateli i nie przyczyniając się wyraźnie do poprawy kolektywnego dobrobytu. Kolosalne zwroty na rynkach finansowych napędzane były przez inwestycje elit, ekonomicznie odseparowanych od reszty społeczeństwa, a wysokie dochody związane z aprecjacją wartości aktywów uczyniły bogatych jeszcze bogatszymi. Korzyści, jakie odnotowywała z hossy rynkowej reszta społeczeństwa, pozostały marginalne.

Wolny rynek czy giełdowy oligopol?

W tym samym czasie znacznie zmieniła się też struktura rynków. W porównaniu z latami 90. liczba publicznie notowanych firm — takich, w które zainwestować może dowolna osoba — spadła o około połowę. Z mniej więcej ośmiu tysięcy spółek, które publicznie notowane były trzydzieści lat temu, w rezultacie bankructw, fuzji, przejęć i ekspansji private equity, pozostały dziś jedynie cztery tysiące. Jednocześnie rynkowe molochy i fundusze inwestycyjne podjęły się w tym okresie masowego wykupywania drobnych przedsiębiorstw, biznesów i nieruchomości, zwiększając swoją pozycję rynkową i pogarszając nawet na najniższych poziomach zjawisko postępującej monopolizacji amerykańskiej gospodarki. Doprowadziło to do powstania dość osobliwej sytuacji, w której rynek i gospodarka zaczęły się opierać na najbogatszych graczach finansowych i ograniczonej liczbie rynkowych lewiatanów.

Zjawisko to widoczne jest w strukturze tamtejszej giełdy. Wzrost znaczenia Doliny Krzemowej i późniejszy boom na AI doprowadziły bowiem do przejęcia znacznej części rynku przez firmy technologiczne. Obecnie zaledwie dziesięć największych spółek będących częścią S&P 500 — agregatu obejmującego pięćset najlepiej wycenianych przedsiębiorstw amerykańskich — odpowiedzialne jest za niemal 40 proc. kapitalizacji indeksu.

Co więcej, przedsiębiorstwa te uznać można za specyficzne z uwagi na strukturę ich dochodów. W przeciwieństwie do sprzedawców detalicznych, firm budowlanych, producentów żywności czy restauracyjnych konglomeratów, poziom zysków spółek technologicznych pod wieloma względami niezależny jest od poziomu krajowej konsumpcji czy sytuacji finansowej przeciętnego Amerykanina.

Przykładowo, głównym klientem Palantira pozostaje rząd USA. Recesja mogłaby ograniczyć kontrakty, lecz spółka jest znacznie odporniejsza na makroekonomiczne zawirowania niż detaliczne spółki, takie jak Walmart, UPS czy Airbnb. Nvidia sprzedaje chipy głównie dużym firmom oraz partnerom zagranicznym; spadek krajowej aktywności gospodarczej ograniczy popyt, lecz na mniejszą skalę. Meta, opierająca przychody na reklamie i danych, oraz Amazon z usługami chmurowymi, również pozostają w istotnym stopniu odseparowane od koniunktury krajowej.

Tworzy to zamknięty obieg pieniądza, w którym gros zysków największych amerykańskich korporacji opiera się na biznesie prowadzonym z multimilardowymi klientami i w nie jest inwestowany. W przeciwieństwie do dróg i kolei, które zatrudniały amerykańskich pracowników i prowadziły do rozwoju ośrodków miejskich, a także zatrudniających tysiące Amerykanów firm przemysłowych, technologiczny boom przekłada się raczej na maksymalizację zysków wielkich korporacji niż pojedynczych obywateli. Ich znaczenie i rozmiar sprawiają zaś, że są one w stanie ciągnąć do góry rynki znacznie dłużej, niż miałoby to miejsce w normalnych warunkach.

Prowadzi to do występowania w USA zjawiska bezprecedensowego w gospodarkach rozwiniętych, jakim jest funkcjonowanie dwóch niezależnych systemów finansowych. Podczas gdy ekonomiczni zwycięzcy czerpią niewyobrażalne zyski z prosperity kraju, reszta społeczeństwa odseparowana jest od aktywności ekonomicznej bogacącej się elity i pozbawiona wpływu na kondycję rynków. Utrzymywanie stabilnej, przychylnej wszystkim uczestnikom rynku sytuacji makroekonomicznej, przestało być warunkiem sine qua non dla profitowania z giełdy i ciągłego zwiększania własnej fortuny. 

Ameryka strukturalnie podzielona

Rola przeciętnych Amerykanów w ekonomicznym życiu kraju była od dekad stopniowo, lecz notorycznie podważana; najdobitniejsze skutki tego procesu obserwować możemy obecnie. Niegdyś zatrudnienie w dużej korporacji oferowało stabilność pracy, godne płace i prosperity całej okolicy. Owoce tej pracy — nowe drogi, wydajniejsze towary przemysłowe, tory kolejowe czy sprawniejsze samochody — nie tylko stanowiły namacalny dowód wartości ich wysiłków, lecz również aktywnie przyczyniały się do wzrostu kolektywnego dobrobytu poprzez rosnący stopień urbanizacji czy ogólne polepszenie jakości życia. To właśnie na aktywności ekonomicznej przeciętnych obywateli opierały się również zazwyczaj modele biznesowe najważniejszych amerykańskich korporacji.

Dzisiaj dominujące na giełdzie firmy technologiczne funkcjonują jednak w ramach zamkniętego ekosystemu. Inwestowane w nie pieniądze pochodzą z kieszeni bezprecedensowo bogacących się Amerykanów, którzy szukają miejsc do alokacji kapitału i maksymalizacji zysków. Model biznesowy technologicznych korporacji, opierający się na multimiardowych umowach z największymi podmiotami rynkowymi i korzystaniu z danych i reklam, nie potrzebuje już dobrze prosperującej klasy średniej dla własnego sukcesu, jak niegdyś wymagały tego General Electric, Walmart, Taco Bell czy Delta Airlines.

Zawrotne wzrosty, jakie obserwować można na amerykańskiej giełdzie — pomimo ceł, pogarszania się finansowej kondycji Amerykanów, spekulatywnej natury aktywności inwestycyjnej, politycznych zawirowań czy notorycznych ostrzeżeń o finansowej bańce — niekoniecznie oznaczać więc muszą przejaw zaślepienia inwestorów czy ich bezmyślnego optymizmu. Raczej niż jako wyraz niestabilności rynków, uznać to należy za przejaw nowej, dualistycznej natury amerykańskiej gospodarki. Negatywne uwarunkowania makroekonomiczne nie mają dużego wpływu na kondycję rynków, gdyż od lat spada ich korelacja z sytuacją gospodarczą. Obawy o bańkę finansową i bezzasadny wzrost inwestycji w AI nie zatrzymują przepływów kapitałowych ku amerykańskim rynkom ze względu na fakt, iż brak obecnie lepszych miejsc do alokacji wysokich poziomów kapitału, który na przestrzeni dekad — w rezultacie finansjalizacji, deregulacji i neoliberalnej legislacji — zgromadziły elity biznesowe.

W efekcie związek między kondycją gospodarstw domowych a kondycją rynków finansowych został zerwany. Giełda funkcjonuje dziś jako system autonomiczny, karmiony koncentracją kapitału i inwestycjami korporacyjnymi, a nie szeroką konsumpcją. Dopóki to się nie zmieni, rozwarstwienie będzie rosnąć, a rynki mogą ignorować realną gospodarkę znacznie dłużej, niż wskazywałaby na to ortodoksyjna teoria.

Czy doświadczymy załamania na giełdzie? Prędzej czy później z pewnością; spekulacyjny pierwiastek obecnej hossy jest niekwestionowalny. Czy stanie się to w najbliższym czasie? Nie jest to przesądzone. Czynniki strukturalne fundamentalnie zmieniły naturę amerykańskiej gospodarki; tradycyjne sposoby jej postrzegania i analizy niekoniecznie pasują do nowej rzeczywistości. Polityka luzowania ilościowego, monopolizacja rynków, wzrost nierówności finansowych i umocnienie się pozycji finansowej elity — porównywalne jedynie z epoką baronów-rozbójników czy złotych lat 20. — czynią z giełdy raczej narzędzie samobogacenia i finansowej spekulacji najbogatszych Amerykanów niż realne odbicie makroekonomicznej sytuacji kraju. Obecny szał inwestycyjny i deliryczny poziom zwrotów nie stanowi aberracji czy jednorazowej anomalii; jest to obraz nowej, podzielonej Ameryki.

Deklaracja AI: 0*Skala deklaracji:

● Poziom 0 – brak użycia AI
Tekst powstał w całości samodzielnie.

● Poziom 1 – wsparcie techniczne (0–10%)
AI użyte wyłącznie do korekty językowej lub stylistycznej.

● Poziom 2 – wsparcie strukturalne (10–30%)
AI wykorzystane do pomocy w porządkowaniu struktury lub redakcji fragmentów.

● Poziom 3 – wsparcie merytoryczne (30–50%)
AI wspierało formułowanie części argumentów (autor odpowiada za ich weryfikację).

● Poziom 4 – istotne współtworzenie (powyżej 50%)
Tekst w dużej mierze generowany przez AI.

Dział Młode Pióra przyjmuje teksty maksymalnie do Poziomu 2.


Opiekunem merytorycznym tekstu jest dr Piotr Arak, główny ekonomista Velo Banku i ekspert Atlantic Council.

Recenzja: Ten tekst trafnie diagnozuje kluczowy problem współczesnej gospodarki amerykańskiej: rozejście się świata finansów i technologii oraz świata realnej większości społeczeństwa. Jego siłą jest konsekwentne pokazanie, że nie mamy już do czynienia jedynie z cykliczną bańką czy chwilową anomalią rynkową, ale z trwałą, strukturalną zmianą modelu wzrostu – opartego na koncentracji kapitału, finansjalizacji i dominacji wąskiej grupy podmiotów technologicznych. 

Jednocześnie warto podkreślić, że tzw. „bańka AI” jest często przeceniana w debacie medialnej. Choć rosnące inwestycje w sztuczną inteligencję i sektor usług IT wpływają na wzrost produktywności w niektórych segmentach gospodarki, nie oznacza to, że cała gospodarka USA opiera się wyłącznie na tych technologiach. Indeks S&P500, który jest syntetycznym odzwierciedleniem kondycji amerykańskiego rynku akcji, rośnie również dzięki tradycyjnym sektorom – takim jak przemysł, farmacja, energetyka czy konsumpcja – a nie tylko wąskiej grupie spółek technologicznych. 

Wzrost gospodarczy jest więc bardziej zróżnicowany niż sugerują nagłówki o „AI-driven economy”, ale realne korzyści rozkładają się nierównomiernie, co wciąż pozostawia znaczną część społeczeństwa w tyle. Wg Banku Światowego, poziom nierówności społecznych mierzonych współczynnikiem Giniego w USA jest na najwyższym poziomie od lat 60. XX wieku, a zagrożonych ubóstwem jest około 20 proc. Amerykanów (dla porównania tylko 10 proc. Polaków). Ameryka ma więc problem, ale to nie tylko big techy za niego odpowiadają.

MAŁGORZATA KORECKA

MAŁGORZATA KORECKA

Studentka drugiego roku stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim. Recenzentka książek w polskim wydawnictwie publikującym literaturę faktu.

Spis treści

Polecana rozmowa

Myth of China’s Power

Prof. Yasheng Huang z MIT obala mit stabilnych Chin, pokazując, że ich system tłumi innowacyjność i opiera się na propagandzie. Ostrzega, że wizerunek potęgi Pekinu może runąć wraz ze spowolnieniem gospodarczym.

Oglądaj nas w YouTube i słuchaj jako podcast

Wypróbuj przez tydzień!

Group-888

Tylko 9,90 zł!

(opłata pobierana co tydzień)

Przeczytaj również

Flota cieni to nieformalna sieć przestarzałych tankowców wykorzystywanych przez Rosję do omijania sankcji na eksport ropy. Operuje w szarej strefie prawa, opierając się na...
Ostatnie trzy lata przyniosły bezprecedensową intensyfikację trójstronnej współpracy wojskowo-politycznej między Stanami Zjednoczonymi, Koreą Południową i Japonią. Zacieśnienie relacji spowodowane jest pogorszeniem się środowiska bezpieczeństwa...
Europa Środkowa znalazła się w punkcie narastającego napięcia. Długotrwała presja ze strony Rosji, wojna na Ukrainie oraz coraz mniej pewne gwarancje amerykańskie podważyły poczucie...

Teksty warte uwagi

Zobacz jakie materiały video przygotowaliśmy

Oglądaj wywiady na kanale

Jeśli wolisz słuchać wywiadów w wersji audio

Słuchaj podcastów na platformie

Układ Sił
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.