Współczesne pole walki – co dobitnie pokazuje wojna na Ukrainie, ale nie tylko ona – a także przykład operacji Stanów Zjednoczonych przeciwko rebeliantom Huti na Morzu Czerwonym, unaoczniają niewyobrażalną skalowalność systemów bezzałogowych w konfrontacji z wielkimi, „pozłacanymi” systemami uzbrojenia minionej epoki.
Narodziny paradygmatu precyzji
Źródeł „inteligencji” tej broni należy szukać w namacalnych efektach użycia uzbrojenia precyzyjnego w momencie jego masowego wdrażania do amerykańskich sił zbrojnych, począwszy od wojny w Wietnamie. To właśnie wtedy po raz pierwszy sformułowano tezę, że precyzja może zastąpić masę, a zdolność punktowego rażenia kluczowych elementów systemu przeciwnika jest w stanie przynieść efekt nieosiągalny nawet przy ogromnym nakładzie klasycznych środków bojowych.
Symbolicznym momentem tej zmiany była operacja Rolling Thunder oraz próby zniszczenia mostu Thanh Hóa w północnym Wietnamie, obiektu o kluczowym znaczeniu dla logistyki Hanoi. Dziś może się to wydawać niewyobrażalne, jednak silna północnowietnamska obrona przeciwlotnicza uniemożliwiała wykonanie precyzyjnego ataku z małej wysokości bombami grawitacyjnymi, doprowadzając do sytuacji, w której amerykańskie lotnictwo, mimo wielokrotnych nalotów, nie było w stanie zniszczyć mostu. Ataki te trwały od 1964 roku i dopiero osiem lat później, podczas przełomu w 1972 roku, U.S. Air Force zdołały doprowadzić do jego zniszczenia dzięki użyciu kierowanych laserowo bomb Paveway I. Na osi czasu to właśnie ten moment można symbolicznie uznać za narodziny systemowego użycia broni precyzyjnej.
Od tego momentu „inteligencja” uzbrojenia zaczęła przesuwać się stopniowo z samej platformy na informację, rozumianą jako zdolność wykrycia, identyfikacji, śledzenia oraz wskazania celu w czasie zbliżonym do rzeczywistego, a dziś niemal rzeczywistym. W tym sensie przewaga nie wynika już wyłącznie z parametrów kinetycznych efektora, lecz z jakości i szybkości obiegu danych w całym systemie walki. Współczesne systemy bezzałogowe stanowią logiczną konsekwencję tej ewolucji. Nie dominują one na polu walki dzięki sile rażenia pojedynczego środka bojowego, lecz dzięki sieciowości, skalowalności i zdolności do nasycania środowiska sensorami. To właśnie ta masowa obecność sensorów skraca cykl sensor to shooter — od detekcji po rażenie — umożliwiając szybkie wskazanie celu i użycie odpowiedniego efektora. W praktyce oznacza to obniżenie progu wejścia w domenę precyzyjnego rażenia, zarówno pod względem kosztów, jak i wymagań technologicznych, co fundamentalnie zmienia charakter współczesnej rywalizacji militarnej.

Wojna liberalna i mit „ucywilizowanego” konfliktu
Wykorzystaniu rosnącej precyzji systemów walki towarzyszyła także określona narracja oraz sposób postrzegania wojny, silnie osadzony w realiach rywalizacji ideologicznej zimnej wojny i jej zwycięskiego finału – triumfu ideologi liberalnej. W latach 90. XX wieku, w części zachodniego mainstreamu strategicznego, „inteligentne” środki walki zaczęły być postrzegane wręcz jako narzędzie „ucywilizowania” konfliktu zbrojnego. Miały umożliwić prowadzenie wojen w imię demokracji liberalnej: konfliktów ograniczonych, humanitarnych, zgodnych z obowiązującymi normami i wartościami, a jednocześnie skutecznych politycznie. Wojna miała być nie tylko wygrana w sensie militarnym, lecz także „sprzedana”: zarówno własnym społeczeństwom, jak i globalnej opinii publicznej, jako działanie konieczne, proporcjonalne i moralnie uzasadnione – zupełnie jak „sprawiedliwe wojny” w średniowieczu, których to sprawiedliwość określa Kościół.
W tym procesie istotną rolę odegrała również rewolucja informacyjna. Upowszechnienie internetu oraz globalnych mediów informacyjnych stworzyło warunki, w których każdy konflikt zbrojny niemal natychmiast stawał się wydarzeniem o wymiarze globalnym. W ten sposób narodził się tzw. „efekt CNN”, w ramach którego obrazy precyzyjnych uderzeń — prowadzonych „czysto” i z bezpiecznego dystansu — zaczęły dominować w medialnym przekazie kształtując percepcję wojny w opinii publicznej. Pozostaje jednak pytanie, czy rzeczywistość faktycznie odpowiadała temu obrazowi. Alvin i Heidi Toffler w swojej epokowej książce „Wojna i antywojna” zwrócili uwagę, że wojna widziana przez obiektyw kamery znacząco różni się od tej, która rozgrywa się poza kadrem. Precyzyjne uderzenia prezentowane w relacjach z wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku — konfliktu, który miał stanowić kwintesencję precyzyjnego, „inteligentnego” sposobu prowadzenia działań zbrojnych — nie zmieniały faktu, że poza medialnym polem widzenia wojna wciąż toczyła się według klasycznych, brutalnych zasad, opartych na masowym użyciu siły.
Podobny cykl obserwujemy dziś z jeszcze większym natężeniem, szczególnie od 2020 roku, począwszy od konfliktu o Górski Karabach, a następnie w pełnej skali wojny na Ukrainie. Narracja wojny liberalnej nie zaniknęła, jednak tradycyjne media, konkurując z internetem i mediami społecznościowymi, zaczęły coraz intensywniej poszukiwać emocji, cierpienia oraz indywidualnych historii. Ciężar narracyjny konfliktu przeniósł się do sieci, gdzie wojna została rozbita na tysiące mikrozdarzeń — pojedynczych uderzeń dronów czy triumfalnych trafień pojazdów przeciwnika. Każde z tych zdarzeń staje się osobną „bitwą narracyjną”, opakowaną w atrakcyjną cyfrowo formę i przeznaczoną do natychmiastowej, globalnej konsumpcji.
W sensie filozoficznym mamy do czynienia z kolejną odsłoną powtarzającego się cyklu: technologia zmienia sposób zabijania, lecz nie zmienia jego celu. Motyw rywalizacji pozostaje niezmienny, głęboko zakorzeniony w naturze człowieka i w logice polityki państw.
W przeciwieństwie do „efektu CNN”, który przedstawiał wojnę głównie na poziomie operacyjnym i strategicznym, współczesna narracja dronowa dekomponuje konflikt do poziomu mikro-taktycznego, niemal atomowego. Zabijanie ulega w tym procesie dehumanizacji i digitalizacji: zaczyna przypominać grę komputerową, w której każdy korzystny dla danej strony kadr z kamery drona jest jednocześnie dowodem skuteczności i narzędziem propagandy – elementem wojny informacyjnej.
W sensie filozoficznym mamy do czynienia z kolejną odsłoną powtarzającego się cyklu: technologia zmienia sposób zabijania, lecz nie zmienia jego celu. Motyw rywalizacji pozostaje niezmienny, głęboko zakorzeniony w naturze człowieka i w logice polityki państw. „Inteligencja” broni nie uczyniła wojny bardziej moralną — uczyniła ją jedynie bardziej selektywną w przekazie i łatwiejszą do akceptacji w sferze informacyjnej.
Powyższe stanowi kolejny kontekst, przez który należy rozumieć współczesną dominację systemów bezzałogowych nad „pozłacanymi” platformami minionej epoki, które — trafione inteligentnym i masowym efektorem — stają się „białymi słoniami”, a ich zniszczenie jest wykorzystywane ze zdwojoną siłą w przestrzeni informacyjnej, kreującej narracje i budującej poparcie zewnętrzne dla konkretnego wysiłku wojennego. Nie wynika to z faktu, że systemy bezzałogowe są technologicznie doskonalsze w klasycznym sensie, lecz z tego, że znacznie lepiej odpowiadają realiom wojny permanentnej i informacyjnie przezroczystej — prowadzonej jednocześnie w domenie fizycznej i poznawczej. W tym sensie obserwujemy rewolucję sprzętową, która prowadzi do załamania dotychczasowego paradygmatu przewagi opartego na drogich, wielozadaniowych i silnie chronionych platformach. Przewaga przesuwa się w stronę aktorów zdolnych do adaptacji, szybkiej regeneracji zdolności oraz świadomego funkcjonowania w warunkach „przezroczystego” pola walki, gdzie wykrycie jest normą, a kluczowe staje się nie tyle unikanie obserwacji, ile umiejętne wykorzystanie samego faktu bycia obserwowanym.
Paradoksalnie jednak, mimo tej wizualnej rewolucji, strategiczny efekt dronów i systemów bezzałogowych nie polega wyłącznie na fundamentalnym przekształceniu geometrii pola walki, lecz również na wzmocnieniu procesu jej uprzemysłowienia, choć w nowej, jakościowo odmiennej formie. Systemy bezzałogowe i autonomiczne nie zmieniły logiki wojny; przyspieszyły ją, zagęściły oraz istotnie obniżyły koszt prowadzenia działań bojowych. Pole bitwy zostało nasycone sensorami, a przemoc stała się skalowalna i relatywnie tania. Wojna została zatem ponownie uprzemysłowiona, lecz tym razem nie po to, żeby osiągnąć masę ognia, lecz by uzyskać masę precyzji.
Paradoks Goliata
Aby osiągnąć „masę precyzji”, konieczne jest wydobycie się z technologicznej zapaści — lub raczej z błędnego cyklu rozwojowego — jakim było zachłyśnięcie się samą precyzją od 1972 roku przez amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy i systemowe dostosowanie się do tego typu środków walki. Niebezpieczeństw takiego podejścia jest wiele, a trafnie ilustruje je metafora Goliata z biblijnej przypowieści ze Starego Testamentu: olbrzyma, który stopniowo i konsekwentnie wyposaża się w coraz bardziej okazałą, cięższą i bogato zdobioną zbroję, zwiększając swoją ochronę i koszt, lecz jednocześnie tracąc elastyczność. W efekcie powstaje swoisty paradoks technologiczny, który generuje próżnię w przestrzeni rywalizacji — jej zidentyfikowanie rodzi chęć wypełnienia, co prowadzi do powstania asymetrii równoważącej dotychczasowy potencjał dominującego przeciwnika. Wówczas pojawia się „Dawid”, dysponujący nowymi umiejętnościami, doktryną i środkami działania. Dokładnie w ten sposób należy rozumieć pojawienie się nowej poddomeny walki Air Littoral.
Ta zapaść powinna w Polsce skłaniać decydentów politycznych i wojskowych, odpowiedzialnych za wyznaczanie kierunków rozwoju Sił Zbrojnych RP, do zadania naszemu amerykańskiemu gwarantowi bezpieczeństwa szeregu fundamentalnych pytań, na które powinniśmy konsekwentnie domagać się jednoznacznych odpowiedzi, zwłaszcza w świetle opublikowanej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych.

Amerykańska baza przemysłowa
Zanim jednak zostaną jasno sprecyzowane te pytania, konieczne jest przedstawienie danych dotyczących zakresu amerykańskich zdolności przemysłowych w obszarze uzupełniania strat ponoszonych w wyniku wojny. Pamiętajmy bowiem, że amerykański przemysł zbrojeniowy nie produkuje wyłącznie na potrzeby własnych sił zbrojnych, a jego udział w światowym eksporcie uzbrojenia, według danych SIPRI, oficjalnie szacowany jest na 43 proc. Polski import uzbrojenia zza oceanu szacuje się na 45 proc.. Pod tymi liczbami jawi się jednak większy problem strukturalny.
Przykładowo, roczna produkcja pocisków przechwytujących SM-3 dla okrętów US Navy wynosi dwadzieścia sztuk. W przypadku „osławionych” pocisków manewrujących Tomahawk mówimy o produkcji rzędu 55–90 egzemplarzy rocznie, przy czym według danych budżetowych Pentagonu dla samych amerykańskich sił zbrojnych w 2026 roku zabezpieczono środki na produkcję 57 pocisków, z których każdy kosztuje około 1,3 mln dolarów. Koszty systemów rakietowych są porażające i ujawniają się w skrajnie wysokich cenach jednostkowych, szczególnie w segmencie uzbrojenia dalekiego zasięgu. Pocisk LRASM kosztuje około 3,4 mln dolarów, JASSM-ER około 3,3 mln dolarów, a przechwytujący PAC-3 również około 3,4 mln dolarów za sztukę. Co istotne, każdy z tych pocisków został zaprojektowany do użycia z wysoce zaawansowanych i kosztownych platform, co oznacza, że rzeczywisty koszt ich użycia musi uwzględniać także cenę samolotu, okrętu oraz całej struktury organizacyjnej i logistycznej niezbędnej do ich odpalenia. Dla porównania, w ciągu pierwszych pięciu tygodni wojny Rosja zużyła około 1200 samych pocisków balistycznych i manewrujących, a według danych CSIS od 28 września 2022 roku do 1 września 2024 roku wystrzeliła łącznie 11 466 pocisków rakietowych różnego typu. Tymczasem potencjalny konflikt USA – Chiny, według wszystkich realistycznych scenariuszy, charakteryzowałby się nieporównywalnie większą intensywnością w pierwszych tygodniach działań. I niezależnie od tego, co przez lata obiecują błyszczące broszury technologiczne amerykańskiej „Wielkiej Piątki” przemysłu obronnego — Lockheed Martin, RTX, Boeing, Northrop Grumman i General Dynamics — wojna pozostaje przede wszystkim testem siły, wytrzymałości i odbudowania zdolności. Rozpocząć wojnę jest relatywnie łatwo, znacznie trudniej jest ją zakończyć, a jeszcze trudniej ją zakończyć na własnych warunkach – aby to zrobić, trzeba mieć czym walczyć. Ostatecznie konflikt wciąż nagradza tę stronę, która dysponuje zdolnościami masowej produkcji środków walki, co dobitnie pokazuje wojna na Ukrainie, gdzie w przypadku obu stron produkcja dronów dalekiego zasięgu sięga poziomu nawet 3000 sztuk miesięcznie.
Produkcja i koszty pocisków wytwarzanych przez amerykański „stary” kompleks wojskowo-przemysłowy stanowią jedynie wierzchołek góry lodowej. Jeszcze wyraźniej problem ten ujawnia się w przypadku najdroższego programu zbrojeniowego w historii USA — myśliwca F-35. Jako podstawowy system projekcji siły dla Sił Powietrznych, Marynarki Wojennej oraz Korpusu Piechoty Morskiej, samolot ten ma stanowić fundament amerykańskiej przewagi militarnej. Tymczasem całkowity koszt programu, szacowany na około 2,1 biliona dolarów do 2088 roku, przy planowanej liczbie 2456 maszyn oznacza średni koszt rzędu 855 milionów dolarów na jeden myśliwiec. Sytuację dodatkowo pogarsza niski poziom gotowości operacyjnej tych platform. Obecny wskaźnik Full Mission Capable (FMC) dla floty F-35A — w tej wersji Polska zamówiła 32 maszyny — wynosi zaledwie około 38 proc., co oznacza, że Siły Powietrzne muszą dysponować pięcioma samolotami, aby w danym momencie mieć dwa zdolne do wykonania pełnej misji. W praktyce przekłada się to na wydatek rzędu 2,1 miliarda dolarów, aby zapewnić dostępność jednego w pełni operacyjnego F-35A. Warianty F-35B i F-35C wypadają jeszcze gorzej — dla egzemplarzy starszych niż cztery lata wskaźnik FMC spada poniżej 20 proc.. Co istotne, wskazane koszty nie obejmują szkolenia pilotów i personelu technicznego, indywidualnego hełmu pilota o wartości około 400 tysięcy dolarów, utrzymania baz lotniczych ani całej infrastruktury oraz floty samolotów wsparcia niezbędnych do prowadzenia nowoczesnych operacji uderzeniowych. Co więcej, myśliwce 6. generacji nie zapowiadają odwrócenia tego trendu — szacuje się, że planowany F-47 będzie kosztował trzykrotnie więcej niż F-35 w przeliczeniu na jedną maszynę, przy czym obecne kalkulacje nie uwzględniają nawet kosztu silnika.
Pomijając kwestie kosztowe i nawet przy założeniu pełnego zabezpieczenia finansowania, obecna baza amerykańskiego przemysłu obronnego nie jest w stanie w krótkim czasie dostarczać wystarczającej liczby platform niezbędnych do uzupełniania strat bojowych w przypadku jednego konfliktu z udziałem USA, a tym bardziej równoczesnych dwóch teatrów działań, np. konfliktu na Pacyfiku i w Europie. Dotychczasowe maksymalne tempo produkcji myśliwców F-35 wynosiło około 13 samolotów miesięcznie, przy czym Lockheed Martin zapowiedział jego zwiększenie do 20 sztuk. Produkcja ta musi jednak zostać podzielona pomiędzy siedemnaście sił powietrznych, zarówno USA, jak i państw sojuszniczych. W praktyce jest to tempo, które trudno uznać za wystarczające do podtrzymania długotrwałej kampanii lotniczej przy przewidywanym poziomie strat bojowych.
Pomijając kwestie kosztowe i nawet przy założeniu pełnego zabezpieczenia finansowania, obecna baza amerykańskiego przemysłu obronnego nie jest w stanie w krótkim czasie dostarczać wystarczającej liczby platform niezbędnych do uzupełniania strat bojowych w przypadku jednego konfliktu z udziałem USA, a tym bardziej równoczesnych dwóch teatrów działań, np. konfliktu na Pacyfiku i w Europie.
Nie tylko Rosja
Zderzenie z konsekwencjami tego błędnego koła nie dotknęło wyłącznie Rosji podczas załamania jej blitzkriegu w lutym 2022 roku. Doświadczyli go również Amerykanie w trakcie operacji Operation Prosperity Guardian, prowadzonej w celu ochrony żeglugi na Morzu Czerwonym. Według danych Departamentu Wojny Huti przeprowadzili ponad 170 prób ataków na amerykańskie okręty wojenne oraz 145 ataków na statki handlowe. Choć oficjalnie nie doszło do bezpośredniego trafienia jednostki US Navy, rebelianci zatopili dwa statki handlowe i doprowadzili do śmierci czterech marynarzy. Jednocześnie Pentagon ujawnił, że USA wydały na operacje ponad 1 miliard dolarów na działania mające na celu ochronę żeglugi — kwotę wielokrotnie przewyższającą koszt środków ofensywnych używanych przez Huti. Dysproporcja ta obnaża podatność amerykańskiej floty na działania asymetryczne, jednocześnie dodatkowo obciążając już napiętą bazę przemysłową amerykańskiego sektora obronnego, zmuszoną do zwiększania produkcji kosztownych pocisków przeciwlotniczych.
W ten sposób grupa rebeliantów była w stanie rzucić realne wyzwanie uważanej za najpotężniejszą siłę (konwencjonalną) militarną na planecie — lotniskowcowej grupie uderzeniowej US Navy. Fakt, że USA zakończyły kampanię bombardowań, podczas gdy Huti nadal prowadzą ataki rakietowe oddziałując na region Bliskiego Wschodu, pozwala argumentować, iż w wymiarze operacyjnym to właśnie Huti osiągnęli swoje cele, zmuszając USA do wycofania się. W rezultacie USA znalazły się po wyraźnie niekorzystnej stronie krzywej kosztów, w której relatywnie tanie środki przeciwnika wymuszają zużycie nieproporcjonalnie drogich zasobów, co stanowi klasyczny przykład przewagi asymetrycznej narzucającej koszt na przeciwnika.
Zestawiając opisane wcześniej ograniczenia produkcyjne oraz podatność kosztownych, zaawansowanych systemów na ataki relatywnie tanich i licznych środków przeciwnika z potencjałem wojskowym Chin, skala wyzwania staje się jeszcze bardziej wyraźna. Chiny dysponują dziś największą flotą wojenną na świecie pod względem liczby jednostek, największym arsenałem rakietowym, a przede wszystkim korzystają z wyjątkowo sprzyjającej geografii. Najbardziej oczywistym punktem zapalnym w regionie Indo-Pacyfiku pozostaje Tajwan — wyspa oddzielona od Chin kontynentalnych Cieśniną Tajwańską, której szerokość w najwęższym miejscu wynosi zaledwie około 130 kilometrów. Ta relatywnie niewielka przestrzeń kontrastuje z ogromem Pacyfiku, który w przypadku konfliktu musiałyby pokonać siły amerykańskie, przy jednoczesnym utrzymaniu kontroli nad rozległymi szlakami oceanicznymi oraz siecią rozproszonych baz — od Okinawy, przez Guam, Wyspy Marshalla i Midway, po Pearl Harbor i zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych — co w linii prostej oznacza dystans przekraczający 10 000 kilometrów, odpowiadający jednej czwartej długości równika.
W praktyce oznacza to zasadniczą asymetrię operacyjną na korzyść Chin, które mogą prowadzić działania z bezpośredniego zaplecza strategicznego, opierając się na krótkich liniach logistycznych, masowej produkcji środków rażenia oraz gęstej sieci systemów A2/AD. Amerykanie byliby natomiast zmuszeni do projekcji siły na ogromnych dystansach, przy kaskadowo rosnących kosztach, zwiększonej podatności logistycznej oraz ograniczonej zdolności do szybkiego uzupełniania strat. W takim układzie geografia przestaje być neutralnym tłem konfliktu, a staje się jednym z kluczowych czynników determinujących jego charakter, dynamikę i potencjalny rezultat.
Interoperacyjność czy zależność?
Wobec powyższego należy postawić pytania, na które w Polsce powinniśmy znać jednoznaczne odpowiedzi: gdzie przebiega granica między interoperacyjnością a strukturalną zależnością Sił Zbrojnych RP w zakresie ich funkcjonowania, zużycia, utrzymania zdolności bojowych oraz — w razie konfliktu — ich realnej możliwości uzupełniania strat.
- Jakie są faktyczne — a nie deklarowane — zdolności USA do prowadzenia długotrwałej wojny w warunkach masowego zużycia uzbrojenia?
- Przez jaki okres USA są w stanie utrzymać tempo działań bojowych przy obecnych zdolnościach produkcyjnych i zapasach kluczowych systemów?
- Czy amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy posiada dziś zdolności przemysłowe, organizacyjne i kosztowe, by prowadzić i wspierać konflikt o zbliżonej intensywności?
- Jakie są rzeczywiste moce produkcyjne amerykańskiego przemysłu obronnego w zakresie uzupełniania strat bojowych w kluczowych kategoriach uzbrojenia?
- W jaki sposób USA zamierzają skalować produkcję precyzyjnych środków rażenia w warunkach zużycia podczas wojny, gdzie decydują nie jednostkowe parametry, lecz wolumen i tempo dostaw?
- Jak USA planują przeciwdziałać przewadze asymetrycznej przeciwników, którzy wymuszają zużycie drogich efektorów przy użyciu tanich, masowych środków rażenia?
- Czy obecne tempo produkcji myśliwców F-35 pozwala na realne uzupełnianie strat w warunkach zamiaru utrzymania dominacji powietrznej?
- Jak USA planują utrzymanie przewagi powietrznej przy niskim poziomie gotowości operacyjnej floty F-35 oraz wysokich kosztach jej eksploatacji?
- Jakie są rzeczywiste koszty operacyjne utrzymania amerykańskich systemów uzbrojenia w warunkach konfliktu, a nie jedynie w czasie pokoju i ćwiczeń?
- Jak USA definiują swoją odpowiedzialność wobec sojuszników w sytuacji niedoboru uzbrojenia i ograniczeń produkcyjnych?
- Jaką część swoich mocy produkcyjnych USA są w stanie realnie przeznaczyć na potrzeby sojuszników w czasie wojny, a nie w warunkach pokojowych? Gdzie Polska znajduje się w takiej hierarchii?
- Według jakich kryteriów USA zamierzają priorytetyzować dostawy uzbrojenia między własnymi siłami zbrojnymi a państwami sojuszniczymi?
- Przez jaki czas, przy obecnym modelu sił zbrojnych i stanie zapasów, Polska jest w stanie samodzielnie utrzymać tempo walki bez wsparcia przemysłowego USA?
- Czy polskie decyzje zakupowe uwzględniają relację koszt–efekt w warunkach wojny wysokiej intensywności, a nie wyłącznie w czasie pokoju?
- Jakie alternatywne źródła uzbrojenia, amunicji i technologii Polska posiada w przypadku przerwania lub ograniczenia dostaw z USA?
- Czy obecny model bezpieczeństwa Polski opiera się na realnych, mierzalnych zdolnościach przemysłowych sojusznika, czy na politycznym założeniu ich nieograniczonej dostępności?
Znając dzisiejszy kontekst, który musimy uwzględniać w odpowiedzi na postawione pytania — obejmujący realne zdolności amerykańskiego przemysłu obronnego, skalę kosztów generowanych przez amerykańskie systemy uzbrojenia oraz jakość polskiego procesu decyzyjnego — na dzisiaj można sformułować diagnozę: jeżeli interoperacyjność prowadzi do strukturalnej zależności, wówczas przestaje być wzmocnieniem bezpieczeństwa, a staje się jego ukrytą słabością.
Bezpieczeństwo w epoce równowagi sił
W tym podejściu pobrzmiewa założenie, że wydając dziesiątki miliardów dolarów w amerykańskim kompleksie przemysłu obronnego, Polska w istocie „wykupuje” sobie polisę bezpieczeństwa. Pytanie brzmi jednak, czy rzeczywiście tak jest. Odpowiedzi należy szukać w najnowszej amerykańskiej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, w której jednoznacznie stwierdzono, że USA nie potrzebują obciążeń, lecz partnerów zdolnych do współpracy w realizacji wspólnych interesów narodowych. Amerykański prymat jako fundament porządku międzynarodowego odszedł w przeszłość; system ten powrócił do swoich korzeni: do logiki równowagi sił, swoistej matki stosunków międzynarodowych. Co oznacza, że bezpieczeństwo państw nie opiera się już na samym transferze środków finansowych i zakupie zaawansowanego sprzętu, lecz na realnych zdolnościach bojowych, odporności systemowej oraz rzeczywistym wkładzie we wspólną architekturę bezpieczeństwa. A ta logika wymaga udzielenia jednoznacznej, pozytywnej odpowiedzi na zasadniczą część pytań, które dziś w Polsce dopiero zaczyna się formułować.
