Dla pilnych obserwatorów poczynań gospodarza Białego Domu większych zaskoczeń tu nie będzie. Ci jednak, którzy łudzili się, że jakimś cudem ruch MAGA przejmie reaganowskiego ducha i natchnie amerykańskich Republikanów, zostali odarci z ostatnich nadziei. Nastała nowa Ameryka. Nie tyle asertywna, co agresywna, skupiona na sobie i merkantylna. Liberalny hegemonizm, który był ideologicznym paliwem amerykańskiej dominacji, to już przeszłość. Witajcie w erze po prymacie.
Koncentracja na gospodarczych fundamentach potęgi
Nowa strategia bezpieczeństwa narodowego opracowana przez administrację Trumpa wyraźnie koncentruje się na aspektach gospodarczych. Przenika to niemal każdą część tego dokumentu. Autorzy stawiają nacisk na odbudowę i wzmocnienie krajowego przemysłu zbrojeniowego i na odporność ekonomiczną, w tym kontrolę nad kluczowymi łańcuchami dostaw, takich jak surowe krytyczne. To aspekt defensywny tej strategii, skupiony na zmniejszeniu zależności od konkurencyjnych potęg, przede wszystkim Chin. Ma to swój wyraźny wymiar społeczny, bowiem reindustrializacja Ameryki ma służyć także, a może przede wszystkim, zatrzymaniu negatywnych zjawisk, takich jak pauperyzacja klasy średniej.
Bezpośrednie odniesienia w strategii do Aleksandra Hamiltona, ojca amerykańskiej koncepcji polityki przemysłowej i protekcjonizmu, wyraźnie podkreślają merkantylny charakter koncepcji gospodarczych i handlowych zawartych w tym dokumencie. Wyraźnie koresponduje to z prowadzoną przez administrację Trumpa polityką celną i stanowi potwierdzenie, że kierunek ten i działania w duchu protekcjonistycznym będą kontynuowane, bo stanowią element polityki bezpieczeństwa kraju.
Technologie, finanse, broń i energia
Choć w dokumencie czytamy, że “Stany Zjednoczone odrzucają niefortunną koncepcję globalnej dominacji”, to głębsza analiza tekstu każe sądzić, że autorom strategii chodziło o dotychczasową strategię globalnej hegemonii, której ważnym filarem była rozbudowana zagraniczna obecność wojskowa. Ten model zaangażowania Ameryki w świecie, co wynika z lektury dokumentu, był zbyt kosztowny, a nawet niebezpieczny dla Stanów Zjednoczonych, grożąc im wciągnięciem w peryferyjne konflikty zbrojne. Teraz Waszyngton miałby dążyć do oparcia swojej wiodącej globalnej pozycji na przewadze technologicznej i finansowej, dzięki dominującej roli dolara w światowej wymianie gospodarczej. Ta asymetryczna współzależność, którą Stany Zjednoczone powinny zdaniem autorów podtrzymać i wzmocnić w relacjach z partnerami i sojusznikami, mogłaby pozwolić im zachować status supermocarstwa przy mniejszych kosztach.
Jak czytamy w dokumencie: “Wizyty prezydenta Trumpa w krajach Zatoki Perskiej w maju 2025 r. pokazały siłę i atrakcyjność amerykańskiej technologii. Prezydent zdobył tam poparcie poparcie państw Zatoki Perskiej dla amerykańskiej technologii sztucznej inteligencji, pogłębiając nasze partnerstwo. Ameryka powinna w podobny sposób pozyskać naszych europejskich i azjatyckich sojuszników i partnerów, w tym Indie, aby umocnić i poprawić nasze wspólne pozycje na półkuli zachodniej, a także w Afryce, w odniesieniu do minerałów krytycznych”.
Widać zatem wyraźnie, że to właśnie powiązania technologiczne i inwestycyjne mają cementować amerykańskie sojusze i partnerstwa, i miałyby zapewnić Waszyngtonowi kontrolę nad polityką sojuszników.
Obok technologii i finansów, innymi głównymi narzędziami prowadzenia polityki wobec partnerów i sojuszników miałyby być broń i energia. Nowa trumpowska strategia bezpieczeństwa narodowego potwierdza, że państwo federalne ma służyć jako taran głównie dla kapitału z Wall Street oraz produktów i usług Doliny Krzemowej, przedstawianych jako dobrodziejstwo dla świata, szczególnie dla państw globalnego południa, które za tę “hojną” ofertę ze strony Waszyngtonu powinny odwdzięczyć się gotowością do dostarczania Ameryce głównie niezbędnych surowców.
Strefy wpływów
Niewątpliwym atutem nowej amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego jest bezpośredni język autorów. Bez owijania w bawełnę piszą, że Stany Zjednoczone priorytetowo traktują bezpieczeństwo własnego terytorium, stąd podkreślanie sprawy szczelności granic i walki z “masową imigracją”, jak również zwrócenie uwagi na konieczność budowy tarczy antyrakietowej (“Golden Dome”). To, co szczególnie zostało zaakcentowane w strategii, to niejako prawo Stanów Zjednoczonych do własnej strefy wpływów, rozciągającej się na całą Półkulę Zachodnią. Autorzy dokumentu wprost nawiązują w tym kontekście do historycznej doktryny Monroe, którą Trump ma się kierować w swojej polityce wobec obu Ameryk. Oznacza to potrzebę aktywnego wypychania wpływów zewnętrznych potęg z tej części świata. Dotyczyć ma to przede wszystkim inwestycji obcych mocarstw (czytaj Chin) w infrastrukturę krytyczną, komunikacyjną (porty morskie), czy cyfrową.
Pytanie, które w tym miejscu powinni zadać sobie sojusznicy Ameryki na granicach jej zdolności do projekcji siły (co dotyczy między innymi Polski, czy państw bałtyckich), brzmi: skoro Ameryka wyraźnie rezerwuje sobie prawo do strefy wpływów, czy odmówi innym mocarstwom, jak Rosja, czy Chiny prawa do posiadania ich własnych?
Równowaga sił i altprawicowa rewolucja
Dokument podkreśla odejście administracji Trumpa od strategii globalnego prymatu, skoncentrowanej na:
- dążeniu do dominacji militarnej i rozbudowanej obecności wojskowej równocześnie na trzech kluczowych teatrach geostrategicznych: Europie, Bliskim Wschodzie i Indo-Pacyfiku.
- promowaniu wolnego handlu i rozbudowy instytucji ponadnarodowych promujących globalizację.
- utrzymywaniu nadbudowy ideologicznej porządku międzynarodowego, opartej na liberalnej hegemonii, oznaczającej promowanie konkretnego systemu wartości i prezentowania go w kategoriach uniwersalnych.
Polityka bezpieczeństwa i zagraniczna Trumpa wyraźnie zrywa z tymi założeniami.
W odniesieniu do zaangażowania militarnego, autorzy strategii piszą o konieczności dbania o korzystną dla Ameryki równowagę sił w kluczowych regionach Eurazji, co oznacza przede wszystkim niedopuszczenie do ich zdominowania przez wrogie mocarstwo.
Promowanie wolnego handlu ma zostać zastąpione skupieniem się Stanów Zjednoczonych na odbudowie własnego przemysłu i ochronie własnego rynku, przy równoczesnym promowaniu eksportu i zapewnieniu dominacji finansowej. Stoi to w jawnej opozycji do zasad “konsensusu waszyngtońskiego”, będącego kamieniem węgielnym neoliberalnego porządku gospodarczego po zakończeniu zimnej wojny.
Wreszcie, zgodnie z postulatami zawartymi w strategii, administracja Trumpa odrzuca koncepcję “promowania demokracji liberalnej”. Polityka Stanów Zjednoczonych ma teraz charakteryzować się poszanowaniem dla odmienności cywilizacyjnej i ustrojowej innych państw, a w szczególności mocarstw. Akcentowana jest przy tym zasada “nieingerencji” w wewnętrzne sprawy państw niedemokratycznych.
To podejście ma jednak nie mieć zastosowania wobec sojuszników Ameryki w świecie Zachodu. Tutaj administracja Trumpa miałaby prowadzić aktywną kampanię na rzecz promowania promowania demokracji nieliberalnej. Autorzy strategii niemal wprost sugerują, że to Ameryka Trumpa wyznacza standardy ustrojowe i będzie je konsekwentnie egzekwowała, szczegolnie wobec parnerów w Europie. Krótko mówiąc, Stany Zjednoczone pod obecną administracją rezerwują sobie prawo do prowadzenia w świecie Zachodu altprawicowej rewolucji wymierzonej w liberalny ancien régime.
Ameryka na drugiej linii
Strategia Trumpa kładzie nacisk nie tyle na podział obciążeń w relacjach z sojusznikami w zakresie obronności, co na ich niemal całkowite przerzucenie.
Stany Zjednoczone mają dążyć do stworzenia sieci sojuszy państw chętnych do podjęcia się roli dostawców bezpieczeństwa w swoich regionach. Takim krajom są gotowe dostarczać broń i dzielić się technologiami oraz traktować ulgowo w relacjach handlowych. Ma to być jednak uwarunkowane gotowością parterów do respektowania amerykańskich kontroli eksportu i systemu sankcji wymierzonych w państwa trzecie, czyli najpewniej Chiny, choć nie są wyraźnie wymienione. Te zapisy strategii bezpieczeństwa korespondują z licznymi wypowiedziami przedstawicieli administracji Trumpa, którzy na przestrzeni ostatnich miesięcy wielokrotnie akcentowali nową rolę Ameryki w systemach sojuszniczych, mającą sprowadzać się do pozycji backstopu, czyli awaryjnego zabezpieczenia, wsparcia z drugiej linii.
Dobrze by było, gdybyśmy poważnie potraktowali te zapisy i przestali traktować amerykańską obecność wojskową na wschodniej flance NATO w kategoriach “żelaznej” gwarancji tego, że siły Stanów Zjednoczonych będą odgrywać pierwszorzędną rolę w jakimkolwiek konflikcie w Europie.
America first, Western Hemisphere second, Asia third…
Ważne jest dostrzeżenie wyraźnie podkreślonej w nowej strategii hierarchii strategicznych priorytetów. Po kwestii bezpieczeństwa własnego terytorium i zabezpieczeniu własnych interesów na półkuli zachodniej, kolejnym ważnym strategicznym teatrem zaangażowania Stanów Zjednoczonych ma być Indo-Pacyfik.
W tym regionie polityka administracji Trumpa ma opierać się o:
- budowanie pozycji Ameryki poprzez wpływy technologiczne i inwestycyjne oraz partnerstwa gospodarcze, skoncentrowane na korzystnym dla USA bilansie wymiany handlowej.
- korzystny dla Waszyngtonu układ sił wojskowych, co oznacza niedopuszczenie do zdominowania regionu przez wrogie mocarstwo (czytaj Chiny). Kluczem do tego ma być utrzymanie obecnego status quo w Cieśninie Tajwańskiej, utrzymanie Tajpej poza chińską strefą wpływów i oparcie strategii odstraszania wobec Pekinu na regionalnych sojusznikach Ameryki. Ci ostatni, w tym przede wszystkim Japonia, Korea Południowa i Australia, powinni pozyskiwać zdolności do przeciwdziałania jakiejkolwiek agresji w Pierwszym Łańcuchu Wysp.
Strategia w części poświęconej regionowi Indo-Pacyfiku wskazuje na konieczność budowy przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników zdolności wojskowych umożliwiających skuteczne odstraszanie Chin, choć te nie są wyraźnie wskazane jako punkt odniesienia. To właśnie na azjatyckich sojusznikach Ameryki ma opierać się główny ciężar budowy systemu odstraszania i obrony wzdłuż Pierwszego Łańcucha Wysp.
Skąd u autorów strategii ostrożność w jasnym określaniu Chin jako przeciwnika, czy nawet rywala Stanów Zjednoczonych? Pierwszym wyjaśnieniem może być trwające obecnie odprężenie w relacjach między Waszyngtonem i Pekinem. Administracja Trumpa, nie chcąc zniweczyć dorobku dotychczasowych negocjacji z Chinami, starała się “zmiękczyć” język dokumentu. Taką interpretację uwiarygodniają wczorajsze doniesienia Politico, z których wynika, że sekretarz skarbu Scott Bessent “chciał złagodzić niektóre sformułowania dotyczące działań Chin” ze względu na trwające rozmowy handlowe, by nie antagonizować Pekinu.
Warto jednak zwrócić uwagę, że język nowej strategii w odniesieniu do Chin pozbawiony jest określeń obecnych w poprzednich edycjach amerykańskich dokumentów strategicznych, takich jak „główne zagrożenie”, „najważniejsze wyzwanie”, „pilne zagrożenie”.
Może być to faktycznie zabieg wyłącznie taktyczny, obliczony na utrzymanie obecnego odprężenia, albo wskazówka, że Ameryka Trumpa jest otwarta na wypracowanie z Chinami pewnego trwalszego modus vivendi we wzajemnych relacjach.
Choć odejście w amerykańskiej strategii od aspektów rywalizacji ideologicznej, może sprzyjać ustabilizowaniu relacji między Waszyngtonem i Pekinem (ale także z Moskwą), to naciski na agresywną politykę inwestycyjną, wypychanie gospodarczych i technologicznych wpływów innych mocarstw i próba organizowania sojuszników i partnerów w sojusze przemysłowe, mają wyraźnie antychińskie podłoże i mogą sprzyjać ponownemu zaognieniu relacji z Pekinem w średnim i długim okresie.
…Europe fourth
Europa to dla autorów strategii bezpieczeństwa narodowego miejsce o malejącym znaczeniu gospodarczym, które doświadcza “cywilizacyjnego” upadku na skutek długoletnich rządów neoliberalnych elit. Mają one być celem wspomnianej wyżej politycznej krucjaty MAGA, która ma ideologicznie odwojować kontynent, pozwalając mu na powrót odnaleźć utraconą tożsamość.
W kwestii regionalnej równowagi sił strategia podkreśla, że w interesie Stanów Zjednoczonych leży “wynegocjowanie szybkiego zakończenia działań
wojennych na Ukrainie w celu ustabilizowania gospodarek europejskich, zapobieżenie niezamierzonej eskalacji lub rozszerzeniu wojny oraz przywrócenie strategicznej stabilności w stosunkach z Rosją, a także umożliwienie odbudowy Ukrainy po zakończeniu działań wojennych, co da jej szanse na przetrwanie”.
Biorąc pod uwagę dynamikę, przebieg i agendę dotychczasowych rozmów amerykańsko-rosyjskich można z dużą dozą pewności stwierdzić, że ustabilizowanie relacji z Moskwą ma służyć Waszyngtonowi do ekspansji inwestycyjnej w Rosji, co mogłoby zaowocować jej mniejszym uzależnieniem od Chin. To z kolei otworzyłoby drogę do rozgrywki politycznej w strategicznym trójkącie USA-Rosja-ChRL.
W świetle amerykańskiej strategii Europa powinna otworzyć się szerzej na penetrację kapitałową i technologiczną ze strony Ameryki, przy jednoczesnej akceptacji wyższych ceł na eksport do Stanów Zjednoczonych i mniejszym bezpośrednim ich zaangażowaniu wojskowym. Europejczycy powinni także zrozumieć, że etap rozszerzania NATO dobiegł końca, a celem Ameryki jest dbanie głównie o korzystną równowagę sił na kontynencie poprzez przeciwdziałanie próbom jego zdominowania przez “wrogą potęgę”, a to w żadnym razie nie uzasadnia utrzymywania rozbudowanej obecności wojskowej na kontynencie. Zdaniem amerykańskich strategów, Europa powinna także stanąć u boku Ameryki w rywalizacji handlowo technologicznej z Chinami, ponosząc równocześnie wszelkie związane z tym koszty.
Mówiąc krótko, Ameryka Trumpa chce zarządzać sytuacją strategiczną w Europie, czerpać dotychczasowe korzyści wynikające z przywództwa, nie ponosząc żadnych kosztów. Za “wkładkę” konwencjonalną w NATO odpowiadać mają teraz przede wszystkim Europejczycy, Amerykanie natomiast zgłaszają gotowość do dostarczenia głównie uzbrojenia. Nawet na poważniejsze zdolności z ich strony, jak rozpoznanie, wywiad i systemy uderzeń dalekiego zasięgu, europejskie państwa sojuszu nie mają chyba co liczyć. Jak poinformowała dziś agencja Reuters, Pentagon zakomunikował partnerom w NATO, że muszą do 2027 roku być gotowi do przejęcia odpowiedzialności właśnie w tych obszarach. W przypadku niewywiązania się przez europejskich partnerów z nowych amerykańskich wymagań, Departament Wojny zagroził wycofaniem się Stanów Zjednoczonych z części mechanizmów planowania sojuszu.
Jak wielokrotnie pisałem na tych łamach, jedyną realną opcją strategiczną dla Polski w realiach końca amerykańskiego prymatu jest kurs na względną “samodzielność strategiczną”. Kolejne rządy nad Wisłą od prawie dekady robiły jednak coś dokładnie przeciwnego, pogłębiając naszą zależność wojskową od Waszyngtonu, co w sytuacji gotowości Ameryki do negocjacji stref wpływów z Rosją w imię “stabilności strategicznej” grozi podważaniem naszej niepodległości i instrumentalizowaniem Polski przez dotychczasowego zamorskiego patrona.
Europejczycy jednak, z Polakami na czele, tak bardzo nie wyobrażają sobie własnego podwórka bez Amerykanów w dotyczasowej roli, że są gotowi akceptować kolejne upokorzenia (umowa handlowa z UE, dyktat amerykańskich BigTechów, wykluczenie z rozmów pokojowych wokół Ukrainy) byleby tylko utrzymać choćby pozór istnienia dawnego świata transatlantyckiego, który właśnie rozsypuje się na ich oczach.
