Noc z 9 na 10 września przejdzie do historii naszego kraju. Zestrzelenie rosyjskich bezzałogowców nad Polską wyraźnie wskazuje, na jakim dziejowym zakręcie się znaleźliśmy. Polska infosfera pełna jest już analiz i komentarzy, których część koncentruje się na niezwykle istotnych sprawach. Wśród nich należy wyróżnić te głosy analityków, którzy podkreślają brak adekwatnych środków na wyposażeniu naszych sił zbrojnych do przeciwdziałania rosyjskim dronom. To jedna z kluczowych lekcji, którą jako państwo musimy odrobić i co najważniejsze, wykonać tę pracę w oparciu o zdolności własnego przemysłu obronnego, który nie tylko potencjalnie może zaoferować potrzebne, względnie tanie i efektywne środki zwalczania wrogich systemów bezzałogowych, ale już posiada gotowe i przetestowane rozwiązania, przede wszystkim w zakresie wykrywania wrogich ataków powietrznych. Doskonałym przykładem jest tutaj system SKYctrl. Chociaż znajduje się on na wyposażeniu naszych sił zbrojnych, to jak przyznaje kierownictwo obecnego ministerstwa obrony, w niewystarczającej ilości i wymaga dalszej modernizacji.
NATO nieprzygotowane na “wojnę dronów”
Z wydarzeń na polskim niebie z nocy 9 na 10 września, NATO już wyciąga pierwsze, jednak dość oczywiste wnioski, że państwa sojuszu, z Ameryką włącznie, nie są przygotowane do odpierania masowych ataków powietrznych przy użyciu setek bezzałogowych statków latających oraz pocisków rakietowych jednocześnie. Precyzyjnie rzecz ujmując, posiadane przez NATO środki służące do zestrzeliwania wrogich dronów, są nieadekwatne w relacji “koszt-efekt”. Cena wyprodukowania bezzałogowca Geran-2 szacowana jest na między 30 a 80 tysięcy dolarów. Pociski przechwytujące typu powietrze-powietrze, jak AIM-9, to koszt około 440 tys. dolarów, a w przypadku AIM-120 ponad 1 milion za sztukę. W sytuacji użycia do ochrony nieba przed takich zagrożeniem samolotów typu F-16 czy F-35 doliczyć trzeba także koszty paliwa i logistyki, które związane są z misjami tego typu platform. Wykorzystywanie tak drogiego uzbrojenia do neutralizacji względnie tanich rosyjskich dronów dalekiego zasięgu to jak strzelanie z bazooki do mrówki, szczególnie jeśli celem jest nie Geran, ale dron wabik, czyli Gerbera, a takie właśnie strącono nad Polską.
Charly Salonius-Pasternak, dyrektor generalny w think tanku Nordic West Office w wypowiedzi dla portalu Politico pytał: „Czy są jakieś wnioski, jak śledzić i zestrzeliwać wiele tanich dronów, nie używając pocisku wartego wiele milionów euro? Oczywiście, ale to nie jest nowa lekcja. Co zrobił w tej sprawie europejski establishment polityczny?”
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podkreślił, że amerykańskie systemy obrony powietrznej MIM-104 Patriot i francusko-włoskie systemy obrony powietrznej SAMP/T, każdy kosztujący setki milionów dolarów, nie są rozsądnym rozwiązaniem w walce z tanimi rosyjskimi dronami uderzeniowymi.
Ukraina nie używa takich systemów do przeciwdziałania falom rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych. Zamiast tego opracowała własne, bardzo tanie drony przechwytujące, aby zwalczać nadciągające rosyjskie zagrożenia. Wielka Brytania już ogłosiła, że właśnie te ukraińskie systemy będą produkowane na Wyspach.
Jak informuje portal Defense News: “W ramach Projektu Octopus Ukraina będzie dzielić się własnością intelektualną związaną z dronami przechwytującymi, które okazały się 'niezwykle skuteczne’ w walce z jednokierunkowymi dronami atakującymi Shahed i Geran – powiedział szef brytyjskiego resortu obrony John Healey, po podpisaniu umowy ze swoim ukraińskim odpowiednikiem Denysem Szmyhalem.
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski podkreślił, że amerykańskie systemy obrony powietrznej MIM-104 Patriot i francusko-włoskie systemy obrony powietrznej SAMP/T, każdy kosztujący setki milionów dolarów, nie są rozsądnym rozwiązaniem w walce z tanimi rosyjskimi dronami uderzeniowymi.
„Nasi ukraińscy przyjaciele podzielą się tą technologią i własnością intelektualną z Wielką Brytanią. Wspólnie będziemy ją szybko rozwijać, a następnie produkować masowo, dostarczając co miesiąc na Ukrainę tysiące dronów przechwytujących” – powiedział Healey.
Umowa jest następstwem ogłoszenia w tym miesiącu, że producent dronów Ukrspecsystems zainwestuje 200 milionów funtów w dwa zakłady produkcyjne w Wielkiej Brytanii. Jest to pierwsza duża inwestycja ukraińskiej firmy zbrojeniowej w tym kraju.
Jak widać, są państwa NATO, które chcą korzystać z doświadczeń kraju frontowego i wyciągać ze współpracy z Ukrainą wymierne korzyści. Być może i u nas nastąpił w tym względzie jakiś przełom, bo na rodzimym rynku przybywa firm w sektorze nowych technologii wojskowych w tym dronów, które aktywnie szukają i nawiązują współpracę z ukraińskimi partnerami. Przykładem może być Grupa Unimot, która ogłosiła ambitne plany wejścia na rynek obronny. Spółka powołała PZL Defence, nowy podmiot mający zajmować się rozwojem i produkcją dronów oraz systemów antydronowych. Inicjatywa ta ma być realizowana we współpracy z doświadczonym producentem PZL Sędziszów oraz partnerem z Ukrainy, co ma zapewnić projektowi unikalne know-how.
W przypadku rozwijania skutecznej obrony przeciwlotniczej doświadczenia wojny na Ukrainie potwierdzają, że musi być to system wielowarstwowy i możliwie elastyczny, szczególnie w kwestii dostosowania się do przeciwdziałania dronom uderzeniowym typu Geran. Skuteczność ukraińskich systemów uzbrojenia wynika z umiejętności ciągłego udoskonalania produktów w reakcji na nieustanną ewolucję rosyjskiej broni. Ten ostatni aspekt pozostaje wyzwaniem dla firm sektora zbrojeniowego w państwach NATO. Nie ulega zatem wątpliwości, że przyszłość należy do tych producentów, którzy tworzyć będą systemy zdolne do szybkiej modernizacji, z możliwie elastyczną architekturą technologiczną.
Ameryka w procesie zmian strategii wobec Eurazji
Chociaż europejscy sojusznicy Polski w NATO zareagowali w podobny i jednoznaczny sposób na rosyjski akt agresji wobec naszego kraju (między innymi Dania, Francja, Holandia ogłosiły wysłanie na wschodnią flankę sojusz dodatkowych samolotów, okręt oraz systemy przeciwrakietowe) nie sposób tego powiedzieć o komunikatach, jakie wystosowała w tej sprawie strona amerykańska.
W momencie pisania tego tekstu, czyli w piątek w godzinach przedpołudniowych, ani Biały Dom, ani inne instytucje federalne nie wydały żadnego oficjalnego komunikatu, w którym odnosiłyby się do sprawy wtargnięcia rosyjskich dronów w przestrzeń powietrzną sojusznika w NATO.
Pytany przez dziennikarzy o tę sprawę w czwartek prezydent Trump stwierdził: “To mógł być błąd, pomyłka” i dodał, że ta sytuacja “bardzo mu się nie podobała”.
Choć doszło do rozmów telefonicznych między prezydentami USA i Polski, a także szefem polskiego MON i amerykańskim sekretarzem wojny, komunikaty strony polskiej po obu wydarzeniach, były dość lakoniczne. Stanowiło to wyraźny kontrast na tle nastrojów i przebiegu ostatniej wizyty prezydenta Nawrockiego w Białym Domu.
Spośród wysokiej rangą urzędników obecnej administracji amerykańskiej, jednoznaczny głos w sprawie wtargnięcia rosyjskich dronów zabrał jedynie ambasador Stanów Zjednoczonych przy NATO, Matthew Whitaker. „Jesteśmy z naszymi sojusznikami w obliczu tych naruszeń przestrzeni powietrznej i będziemy bronić każdego cala terytorium NATO” – napisał na portalu X. W podobnym tonie, wypowiedziała się amerykańska ambasador przy ONZ Dorothy Shea.
Już po wtargnięciu rosyjskich dronów nad Polskę wiceprezydent J.D. Vance wywiadzie dla telewizji One America News mówił m.in. o możliwościach współpracy gospodarczej między Stanami Zjednoczonymi a Rosją.
“Nie widzę powodu, aby Rosję izolować gospodarczo. Powiedzmy sobie szczerze: niezależnie od tego, czy lubisz, czy nie lubisz Rosji, czy zgadzasz się lub nie z jej argumentami co do genezy konfliktu (z Ukrainą – przyp. M. S.), fakty są jednoznaczne: Rosja ma ropę, ma gaz, jest bogata w surowce” – powiedział Vance.
Choć doszło do rozmów telefonicznych między prezydentami USA i Polski, a także szefem polskiego MON i amerykańskim sekretarzem wojny, komunikaty strony polskiej po obu wydarzeniach, były dość lakoniczne. Stanowiło to wyraźny kontrast na tle nastrojów i przebiegu ostatniej wizyty prezydenta Nawrockiego w Białym Domu.
Z kolei, jak informował w ostatnich dniach „The Financial Times”, w odpowiedzi na wezwania ze strony europejskich państw NATO, żeby nałożyć kolejne sankcje na Rosję oraz państwa podtrzymujące jej machinę wojenną, w tym Chiny, Donald Trump sprytnie „przerzucił piłkę” na boisko swoich partnerów po drugiej stronie Atlantyku. Zaproponował, żeby państwa Unii Europejskiej nałożyły cła w wysokości od 50 do nawet 100 procent na produkty sprowadzane z Indii i Chin, i wówczas Stany Zjednoczone mogłyby się do takich działań przyłączyć. Jak interpretować, ten ruch ze strony Trumpa? Obecny gospodarz Białego Domu może zakładać, nie bez przyczyny, że UE nie pójdzie na wojnę handlową z Chinami i Indiami, bo przy skali obecnych powiązań Pekin mógłby wyrządzić wspólnocie poważną krzywdę, odpowiadając własnymi sankcjami.
Być może zatem jest to preludium do nacisku na UE, żeby, skoro nie jest w stanie realnie uderzyć gospodarczo w Rosję, przestała udawać nieustępliwą wobec Moskwy i zamiast tego poparła amerykańską agendę na rzecz zakończenia tego konfliktu, co w tym momencie oznaczałoby pewnie wspólną presję na Kijów, żeby poszedł na ustępstwa terytorialne.
Możliwe także, że jest to manewr obliczony na porzucenie sprawy ukraińskiej przez Amerykę, poprzez wybieg: “Próbowałem uderzyć mocniej w Rosję sankcjami, ale to Europejczycy nie chcieli mnie w tym poprzeć”.
Jeśli do tego wszystkiego dodamy, że Ameryka, a w szczególności obóz polityczny obecnego prezydenta, żyje tragedią związaną z zabójstwem młodego konserwatywnego lidera politycznego Charliego Kirka oraz takimi sprawami, jak fala przestępczości w amerykańskich miastach, czy walka z kartelami narkotykowymi, która może przybrać formę bardziej zmilitaryzowaną, co pokazują działania Pentagonu wymierzone w wenezuelski reżim – uzyskamy pełen kontekst i możliwość wyjaśnienia niezwykle powściągliwej reakcji administracji amerykańskiej na rosyjskie prowokacje.
Stany Zjednoczone są w procesie zmian swojej strategii wobec Eurazji i mogą coraz częściej i mimo wszystko szukać okazji do odprężenia w relacjach z Rosją. Zatem interesy Warszawy i Waszyngtonu mogą być w nadchodzących latach coraz częściej rozbieżne. Ta ewolucja polityki amerykańskiej wynika między innymi z piętrzących się problemów wewnętrznych oraz tych, których źródłem są państwa leżące na zachodniej półkuli. Stąd też nadchodząca nowa Narodowa Strategia Obrony USA, przygotowywana przez Pentagon, ma według przecieków koncentrować się przede wszystkim na bezpieczeństwie granic kontynentalnych, interesach w zachodniej hemisferze oraz w dalszej kolejności na powstrzymywaniu Chin w Azji. Inne ważne dotychczas strategiczne teatry, jak Zatoka Perska oraz Europa, będą traciły na znaczeniu w tym sensie, że nie będą wymagały od Ameryki utrzymywania rozbudowanej obecności wojskowej i sieci baz w tych regionach.
Choć Ameryka może w jakimś stopniu nadal pozostać przywiązana do polityki opartej o krzewienie ideałów republikańskiej wolności, to manifestować to może w sposób podobny do tego, jak w 1821 roku ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych John Quincy Adams zareagował na wezwania do wsparcia przez Amerykę powstania Greków przeciwko imperium osmańskiemu, stwierdzając: „Gdziekolwiek rozwinął się lub zostanie rozciągnięty sztandar wolności i niepodległości, tam będzie serce Ameryki, jej błogosławieństwa i jej modlitwy”. Równocześnie przywódca Stanów Zjednoczonych sprzeciwił się interwencji w konflikt nie z obojętności wobec Greków, ale z powodu trafnego zrozumienia ówczesnych amerykańskich możliwości politycznych i wojskowych, oraz innych priorytetów.
Jedyny kierunek
Musimy jako naród zrozumieć, że jedyną realną opcją budowania bezpieczeństwa Polski jest kurs na „samodzielność strategiczną” uzupełnioną przez aktywne budowanie i wzmacnianie partnerstw i sojuszy z państwami naszego regionu, przy równoczesnym i koniecznym zmniejszeniu naszej zależności wojskowej od Ameryki tam, gdzie to tylko możliwe. A jest tych obszarów sporo, poczynając od rodzimych firm oferujących zdolności w zakresie szeroko pojętej świadomości sytuacyjnej, na różnych jej poziomach (np. firmy satelitarne jak ICEYE, czy taktyczne aerostaty od Siltec). Mamy także rosnący polski sektor nowych firm zbrojeniowych, które mogłyby dostarczać naszym siłom zbrojnym zdolności rażenia dalekiego zasięgu. Mowa tu o takich firmach i ich rozwiązaniach, jak na przykład:
- AP-FLYER, której dron ASSASSIN jest jednym z kinetycznych efektorów antydronowego systemu MADDOS, nadających się do zestrzeliwania takich platform jak Geran czy drony Gerbera.
- Warmate-50 o zasięgu 1000 km,
- Trójstopniowy pocisk balistyczny, od Wojskowego Instytutu Technicznego Uzbrojenia,
- Dron MTJD o zasięgu 1000 km, od TKH Technology
Kurs na względną “samodzielność strategiczną” jest wymagający, ale jeśli elity mają jasność w kwestii celu i kierunku zmian w naszym systemie bezpieczeństwa, to leży ona w naszym zasięgu.
