Tymczasem, zanim rosyjskie czołgi pojawiły się pod Kijowem, przez wiele lat rosyjskie służby infiltrowały zachodnie elity, dokonywały aktów sabotażu, ataków cybernetycznych, budowały agenturę i prowadziły operacje wpływu informacyjnego, na co kolektywny Zachód reagował z opóźnieniem i powściągliwością. Na wrogą działalność przymykano oczy, wymiana handlowa kwitła w najlepsze, a kolejne nitki rurociągu Nord Stream coraz ciaśniej oplatały zachodnie elity, jednocześnie zasilając rosyjski budżet.
Ta bierność doprowadziła w końcu do tego, że ośmielony przeciwnik odważył się na jeszcze więcej. Na krótko przed pełnowymiarową inwazją na Ukrainę zależna od Federacji Rosyjskiej Republika Białorusi rozpoczęła wymierzoną w Polskę, Litwę i Łotwę pograniczną operację hybrydową z użyciem dużej liczby kontrolowanych przez służby migrantów. Działania te miały związać siły zachodniej flanki, a przy okazji zdestabilizować sytuację społeczną na ich zapleczu. W istocie stanowiły formę agresji na terytorium państw zaatakowanych, choć próbowały rozmyć tę odpowiedzialność, stwarzając pozory kryzysu humanitarnego.
Gdyby plan się powiódł, szybka i skuteczna pomoc dla zaatakowanej Ukrainy byłaby niemożliwa, co mogło doprowadzić do jej upadku. To właśnie samodzielna reakcja Warszawy i Wilna, przekazane Kijowowi wsparcie materiałowe i polityczne w krytycznych, pierwszych dniach wojny zachęciły przywódców Zachodu do działania. Doświadczenia te powinny być dla polskich decydentów cenną lekcją, z której należy wyciągnąć daleko idące wnioski. Szczególnie że w minionym roku działalność rosyjskich służb poważnie się nasiliła.
Coraz więcej jest prób dywersji i sabotażu wymierzonych przeciwko państwom członkowskim Unii Europejskiej i NATO. Zdarzają się podpalenia budynków publicznych i wojskowych, próby zabójstw, sabotażu komunikacji kolejowej i obiektów infrastruktury krytycznej, a nawet podłożenia ładunków zapalających w samolotach.
Coraz więcej jest prób dywersji i sabotażu wymierzonych przeciwko państwom członkowskim Unii Europejskiej i NATO. Zdarzają się podpalenia budynków publicznych i wojskowych, próby zabójstw, sabotażu komunikacji kolejowej i obiektów infrastruktury krytycznej, a nawet podłożenia ładunków zapalających w samolotach. W połowie roku obserwowaliśmy ponowne zaostrzenie sytuacji na polsko-białoruskim pograniczu, które przyniosło ofiarę wśród personelu wojskowego w osobie tragicznie zmarłego sierżanta Mateusza Sitka.
Przyjmowanie kolejnych ciosów nie tylko ośmiela agresorów, ale także generuje coraz większe koszty dla atakowanych, a więc w rzeczywistości nie prowadzi do rozładowania napięcia, a wręcz przeciwnie, do jeszcze większej eskalacji. Takie miarowe osłabianie naszego potencjału grozi wewnętrznym załamaniem, a w rezultacie realizacją wszystkich celów, które przeciwnik chce osiągnąć. To właśnie rozbicie zachodniej dominacji i solidarności, budowa nowego, wielobiegunowego porządku oraz rekonkwista strefy wpływów po Związku Sowieckim są sednem kremlowskiego planu, a nie podbicie Ukrainy, stanowiące jedynie jego element.
Dopiero gdy przestaniemy udawać, że nie bierzemy udziału w tej niewypowiedzianej wojnie, będziemy w stanie przejść do skutecznej obrony. Problem polega na tym, że trawiony kryzysem wewnętrznym Zachód nie potrafi znaleźć w sobie wystarczającej siły do działania. Konieczny jest więc impuls, który zmusi go do reakcji.
Dlaczego mówimy o wojnie hybrydowej
Pomimo celowo wywoływanych wątpliwości prawnych i poruszania się na przekór tradycyjnym definicjom mamy do czynienia z wojną w jej szerokim znaczeniu, czyli zestawem zorganizowanych działań stosujących siłę (przemoc) w relacjach pomiędzy państwami. Tak jak regularne działania zbrojne realizuje ona cele polityczne, przynosi zniszczenie i ofiary, grozi ograniczeniem lub utratą suwerenności.
Przymiotnik „hybrydowa” określa tylko jej formę, czyli połączenie środków niewojskowych i wojskowych (tzw. agresji podprogowej). Środki niewojskowe przyjmują formę działań o charakterze politycznym, dyplomatycznym, ekonomicznym, prawnym, informacyjno-psychologicznym, informacyjno-technicznym, humanitarnym, a nawet ingerują w sferę duchową.
Ich celem jest porażenie potencjału wojskowego i gospodarczego atakowanego państwa oraz doprowadzenie do destabilizacji ładu społecznego za pomocą dezinformacji, presji psychologicznej, wykorzystania wewnętrznej opozycji, działań sabotażowych i partyzanckich1. Wsparcie sił zbrojnych jest wprowadzane zazwyczaj jako kolejny element planu, gdy narzędzia niewojskowe osiągnęły zamierzony skutek.
Charakter wojny hybrydowej albo nie wyczerpuje prawnych definicji agresji, albo przeciwnie, wyczerpuje, jednak jest ona prowadzona przez podmioty trzecie, nieposiadające bezpośrednich, jawnych powiązań z agresorem, w założeniach uniemożliwiając przypisanie mu odpowiedzialności, a co za tym idzie, utrudniając reakcję w ramach wszelkich międzynarodowych organizacji bezpieczeństwa.
Nawet NATO, będące przecież sojuszem obronnym, nie jest w stanie prowadzić operacji ofensywnych bez powołania się państwa członkowskiego na art. 5 traktatu, który polityczny konsensus rezerwuje na wypadek regularnych działań zbrojnych. A taka reaktywność w obecnych warunkach to zbyt mało, by powstrzymać przeciwnika przed agresją hybrydową.
Brak adekwatnej reakcji na operacje hybrydowe, wojnę z Gruzją oraz aneksję Krymu i części Donbasu doprowadził do jeszcze większej agresji. Kolejnym celem mogą za kilka lat stać się kraje bałtyckie i Polska, jeśli Ukrainie nie uda się obronić.
Dlaczego mamy się bać
Brak adekwatnej reakcji na operacje hybrydowe, wojnę z Gruzją oraz aneksję Krymu i części Donbasu doprowadził do jeszcze większej agresji. Kolejnym celem mogą za kilka lat stać się kraje bałtyckie i Polska, jeśli Ukrainie nie uda się obronić. Skupiając uwagę na niej, zapominamy jednak, że Rosja nieustannie toczy niewypowiedzianą wojnę z Zachodem, a poprzez dezinformację i straszenie bronią jądrową stara się prowadzić ją na ustanowionych przez siebie zasadach. To daje jej ogromną przewagę, mimo że posiada pod wieloma względami dużo mniejszy potencjał niż Sojusz Północnoatlantycki.
W rzeczywistości co do zasady Federacja Rosyjska nie jest zdolna do otwartej konfrontacji z NATO, przynajmniej dopóki zajęta jest próbą podboju Ukrainy, angażującą całość jej sił lądowych. Podobnie nie byłaby zdolna do kontynuacji agresji poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego, gdyby spotkała się z symetryczną odpowiedzią. Właśnie dla uniknięcia tego scenariusza co rusz grozi wojną nuklearną w razie przekroczenia tzw. czerwonych linii.
Umiejętnie gra na lękach zachodnich elit, choć z samej tylko logiki wynika, że realizacja wciąż powtarzanych gróźb doprowadziłaby do bezpośredniej konfrontacji, którą Rosja musiałaby przegrać. Broń jądrowa jest środkiem ostatecznym, od ośmiu dekad funkcjonującym jedynie jako straszak, ponieważ jej faktyczne użycie w konflikcie konwencjonalnym byłoby pójściem o krok za daleko, nie tylko dla Stanów Zjednoczonych, ale także dla Chin i wielu innych państw, które powstrzymują się od jej pozyskania, ale tylko dopóty, dopóki mocarstwa atomowe trzymają się określonych zasad.
Dlatego tak kluczowe jest utrzymywanie nas w strachu, w czym pomagają Kremlowi tzw. ruchy pacyfistyczne, czyli kontrolowane lub manipulowane przez rosyjską agenturę organizacje i partie polityczne mające skłonić Zachód do rezygnacji ze wspierania Ukrainy i wymuszenia na niej niekorzystnych warunków rozejmu. Strasząc możliwością sprowokowania Rosjan do ataku lub wciągnięcia do „nie naszej wojny”, fałszywie manipulując przekazem medialnym, konglomerat agentów wpływu i „pożytecznych idiotów” próbuje przekonać opinię publiczną do tego, że to sami Rosjanie w rzeczywistości bronią się przed agresją NATO i dlatego gotowi są wywołać pierwszą w dziejach wojnę atomową.
W ten sposób wschodnia flanka NATO, która najmocniej odczuwa skutki rosyjskiej agresji, pozostaje w zawieszeniu pomiędzy stanem pokoju i wojny. Staje się workiem treningowym, w który przeciwnik raz po raz uderza, nie bojąc się, że cios zostanie oddany. Tymczasem powinniśmy myśleć o sobie jako o froncie, pograniczu toczącym walkę o przetrwanie, które nie może poddawać się paraliżującym lękom, tak jak nie mógłby sobie na nie pozwolić żołnierz w okopie. Konieczna jest radykalna zmiana postawy i walka z każdym przejawem działań hybrydowych w sposób nie tylko symetryczny, ale nawet celowo przeskalowany.
Zostaliśmy zaatakowani i toczymy wojnę. Reagujmy więc zgodnie z jej sztuką.

Kontratak hybrydowy
Polska jako państwo frontowe ponosi coraz większe koszty związane zarówno z kolejnymi atakami, jak i podejmowanymi działaniami prewencyjnymi (inwestycje w tworzenie zdolności cybernetycznych, fortyfikacje, utrzymywanie stałej obecności wojskowej na granicy etc.). Żadne z nich nie odstrasza przeciwnika przed agresją hybrydową. To na Warszawę spada decyzja, czy i w jaki sposób przejść do „kontrataku” oraz jak przekonać do tego punktu widzenia sojuszników. Wybór Donalda Trumpa na prezydenta jest ku temu świetną okazją.
Ograniczenia, które sami sobie narzucamy, pokazują naszą słabość i podatność na destabilizację, co zachęca napastników do kontynuacji agresji. To z kolei negatywnie przekłada się na nasz potencjał militarny, gospodarczy i przemysłowy, uniemożliwia swobodny rozwój, rozbija ład społeczny, a w dłuższej perspektywie prowadzić może do otwartego konfliktu zbrojnego w czasie, miejscu i na warunkach wybranych przez agresora. Ten pogląd wydaje się powoli dominować nad wezwaniami do deeskalacji i wpisuje się w rzymską maksymę „pokoju przez siłę”, którą wielokrotnie przywoływał Donald Trump podczas swojej pierwszej kadencji (peace through strength).

Zdecydowana reakcja z użyciem siły może przerwać spiralę eskalacji oraz uchronić nas przed pełnowymiarową wojną. Stąd działanie według zasady „deeskalacji przez eskalację” wydaje się najskuteczniejszą ścieżką postępowania w celu ograniczenia agresywnych zapędów Federacji Rosyjskiej. Nie możemy jednak działać pod wpływem chwili. Przeciwnie, nasze ruchy powinny być dokładnie przemyślane i zawczasu przygotowane w kompleksowej strategii postępowania, którą będzie można w razie potrzeby zastosować. Jej ważnym elementem jest współpraca międzynarodowa, którą musimy poprowadzić tak, aby nie dać się wypchnąć przed szereg, lecz zamiast tego wciągnąć do działania pozostałych sojuszników.
Co tak naprawdę możemy zrobić? Odpowiedź na to pytanie wymaga przeglądu narzędzi w dyspozycji władz Rzeczypospolitej. Nie chodzi przecież tylko o granicę, ale cały obszar państwa polskiego oraz polskie społeczeństwo. Tak wielopoziomowe działanie wymaga rozbudowanego podejścia, kooperacji na wszystkich poziomach aktywności państwowej, i to w sposób zsynchronizowany.
Należy pamiętać, że każda akcja powoduje reakcję, stąd planowanie powinno uwzględniać określone koszty. Decydenci będą musieli ocenić, które działanie jest opłacalne, a które nie. Pomimo tego nie powinniśmy odrzucać możliwości operowania na terenie przeciwnika oraz w dowolnym innym punkcie globu. Gotowość do konfrontacji to warunek konieczny do przekonania go, że będziemy zdeterminowani bronić własnego bezpieczeństwa niezależnie od okoliczności.
W oparciu o szeroki wybór narzędzi możemy ułożyć strategię zmierzającą od działań politycznych, prewencyjnych i reaktywnych (co obserwujemy obecnie), do działań proaktywnych, wojskowych i specjalnych, wychodzących poza dotychczasowy schemat.
Kluczowa rola Polski
W oparciu o szeroki wybór narzędzi możemy ułożyć strategię zmierzającą od działań politycznych, prewencyjnych i reaktywnych (co obserwujemy obecnie), do działań proaktywnych, wojskowych i specjalnych, wychodzących poza dotychczasowy schemat. Celem ma być nałożenie kosztów na napastnika w sposób, który uczyni jego dalszą agresję nieopłacalną, oraz doprowadzenie do zdefiniowania wojny hybrydowej jako aktu agresji na suwerenne państwo, co da mu prawo do samoobrony.
Polska znajduje się więc w szczególnej pozycji, predestynującej decydentów do przejęcia inicjatywy i wyznaczenia kierunku polityki wschodniej Zachodu. Jako kraj frontowy stanowimy bezpośrednie zaplecze i filar bezpieczeństwa nie tylko dla Ukrainy, ale także państw bałtyckich. Forsownie prowadzona modernizacja i rozbudowa sił zbrojnych oznacza, że w miarę upływu czasu dysponować będziemy coraz większym potencjałem i zdolnościami wojskowymi. Z uwagi na prowadzoną od dawna dywersyfikację energetyczno-surowcową jesteśmy mniej podatni na szantaż energetyczny, a rozpoczynające się na początku 2025 roku przewodnictwo w Unii Europejskiej daje nam narzędzia polityczne i forum do przedstawienia naszego punktu widzenia.

Najważniejsze jest jednak, że to wobec nas wymierzona jest agresja hybrydowa na polsko-białoruskiej granicy. To oznacza, że jesteśmy uprawnieni do podejmowania wszelkich działań prowadzących do obrony naszego terytorium, będącego również wschodnią granicą Unii Europejskiej. Możemy powołać się w tej kwestii na prawo do samoobrony2, podnosząc także zarzut „poparcia użyczonego bandom uzbrojonym”3. Nasza rola jest kluczowa, mamy więc wszelkie podstawy, faktyczne i formalne, by wezwać naszych sojuszników do działania.
Dotychczasowa praktyka pokazuje, że najlepszą drogą do tego celu jest zademonstrowanie samodzielności decyzyjnej prowadzącej do zmiany status quo. Taktyka ta okazała się wysoce skuteczna w przypadku definiowania zakresu pomocy wojskowej dla Ukrainy. Doprowadziła do złamania wielu granic tego, co nasi sojusznicy uważali za dopuszczalne (np. dostawy zachodniej artylerii, czołgów, pocisków dalekiego zasięgu, samolotów itd.). Przy właściwym rozegraniu kart Warszawie uda się poszerzyć obszar tego, co zachodnie stolice uważają za dopuszczalne w konfrontacji z Rosją, a jednocześnie wzmocnić obecność sojuszniczą w naszym kraju.
Powrót realizmu w stosunkach międzynarodowych wymaga, byśmy porzucili bierność na rzecz aktywnej polityki bezpieczeństwa w regionie, czego już teraz oczekują nasi sąsiedzi, a o co będą dopominać się Amerykanie w nadchodzących latach. Pora postawić pytanie, czy zamiast czekać na pełnowymiarową wojnę wydaną nam w miejscu i czasie wybranym przez przeciwnika, nie lepiej jest przejąć inicjatywę już teraz, doprowadzając do przesilenia, gdy nie jest on jeszcze zdolny do takiej konfrontacji.

