Kiedy piszę te słowa, media społecznościowe całego świata zalewają posty z wypowiedzią Donalda Trumpa na temat Władimira Putina i wojny. Prezydent Stanów Zjednoczonych zapowiada, że do wysłania na Ukrainę przygotowywanych jest 17 systemów obrony powietrznej Patriot. I ostrzega, że jeśli w ciągu 50 dni Władimir Putin nie podpisze porozumienia pokojowego z Kijowem, USA nałożą na Rosję i jej partnerów wtórne cła, które wyniosą nawet 100 procent. „Prowadzimy z Putinem zawsze miłe rozmowy – opowiada w swoim stylu Trump. – A potem wracam do domu i mówię pierwszej damie: »Władimir i ja mieliśmy dziś wspaniałą rozmowę«. A ona odpowiada: »Naprawdę? Właśnie zaatakowano kolejne miasto na Ukrainie«”.
Złośliwi powiedzą, że gdyby Donald Trump częściej rozmawiał z żoną, nie potrzebowałby tak wielu połączeń telefonicznych z Putinem, aby zrozumieć, że ten wodzi go za nos. I na pokuszenie. Ale ja się z tymi złośliwcami nie w pełni zgadzam. Przy niejednym zastrzeżeniu do Donalda Trumpa rozumiem, że tak jak wielu amerykańskich prezydentów podjął próbę porozumienia z Rosją. Naiwną, ale nie jest też tak, że wszystkie kończyły się niczym. Pod koniec lat 60. nastąpił okres détente między USA a ZSRR. W latach 90. oba kraje utrzymywały dobre relacje. Nie zgadzam się ze złośliwcami również dlatego, że prędzej czy później wojnę rosyjsko-ukraińską trzeba będzie zakończyć. Prędzej czy później zjawi się prezydent USA, który powie kategorycznie: ani jednego dolara, ani jednej rakiety więcej; to nie nasz interes, nie będziemy finansować Ukrainy w nieskończoność. Tymczasem administracja Trumpa pozostaje zaangażowana. Czasem nieudolnie, przy pomocy negocjatorów naturszczyków, takich jak Steve Witkoff, ale próbuje, nie zostawiając Ukrainy samej sobie. Przynajmniej na razie.
Należy mieć natomiast pretensje do Donalda Trumpa i jego administracji o bolszewickie z natury przekonanie, że sama wola polityczna wystarczy, żeby zmieniać rzeczywistość. Skoro jesteś przywódcą amerykańskiej potęgi, skomplikowana materia świata ugnie się pod twoimi zamiarami. I nieważne, jak wielopoziomowa jest kwestia zawarcia pokoju między Rosją a Ukrainą i jak trudnym przeciwnikiem jest kremlowska wierchuszka; najważniejsze, że Donald Trump chce. A słowo ciałem się stanie. Niestety, to tak nie działa, co udowadniają nasi autorzy.
W „Rosja nie odpuści. Ukraina to dopiero początek” Maksym Samorukow z Berlinskij Cientr Carnegie (zlikwidowane Carnegie Moscow) pisze o tym, dlaczego Rosja nie spieszy się z zakończeniem w wojny, a właściwie planuje jej kontynuację. Wskazuje na to choćby zaplanowany do 2027 roku budżet, w którym wydatki na zbrojenia pozostaną na rekordowo wysokim poziomie. Ale przede wszystkim, jak pisze Samorukow, społeczeństwo rosyjskie przyzwyczaiło się do wojny, pewna jego część żyje na wyższym poziomie za sprawą inwazji na Ukrainę, a jednym z motorów gospodarki stał się przemysł zbrojeniowy. Po co więc Kreml miałby rezygnować z wojny? I nie chodzi tylko o wojnę w Ukrainie, bo Rosja w swoim mniemaniu ma Europie wiele do udowodnienia. Z tekstu Samorukowa dowiecie się Państwo, czego my, Europejczycy, powinniśmy się bać i co Rosja może nam jeszcze zrobić.
Na przykładzie państw Azji Centralnej Galija Ibragimowa pokazuje, że rosyjski handel wcale nie zamarł w wyniku sankcji. W tekście „Nowa wielka gra o Azję Centralną” pisze, że w tej części świata utrzymana została rosyjska dominacja wojskowa, a obroty handlowe Rosji z Kazachstanem, Uzbekistanem, Tadżykistanem i Kirgistanem wzrosły od 5 do 40 procent! Tak wielki wzrost związany jest między innymi z tym, że z tych krajów do Rosji trafiają zachodnie towary obłożone sankcjami, w tym produkty podwójnego zastosowania. Zatem elity polityczne państw Azji Centralnej nie tylko pomagają Moskwie omijać sankcje, narażając się na ryzyko sankcji wtórnych, ale czują się z Rosją relatywnie komfortowo mimo zagrożenia z jej strony. Dlaczego? O tym w tekście.
Prawdziwą puszkę Pandory otwiera Gieorgij Czizow w artykule „Z jakimi wyzwaniami zmierzy się Ukraina po zakończeniu wojny”. Po pierwsze, przywołuje rozdwojenie ukraińskiego społeczeństwa, które chce zakończenia wojny, ale nie akceptuje ustępstw terytorialnych na rzecz Rosji. A to pociąga za sobą spore ryzyko polityczne. Po drugie, zarysowuje skalę zniszczeń i podaje w wątpliwość optymistyczne scenariusze odbudowy Ukrainy, jakimi tak lubią karmić się organizacje biznesowe i pozarządowe. Także w Polsce. Po trzecie, uświadamia nam wyrwę w demografii Ukrainy, którą spowodowała wojna i której załatanie w grupie osób w wieku produkcyjnym będzie niezwykle trudne. Polecam przeczytanie tekstu Czizowa, aby urealnić nasze wyobrażenia na temat powojennej Ukrainy. Dowiedzcie się państwo choćby tego, ile lat zajmie samo rozminowywanie żyznych pól uprawnych.
I tu wracamy pętlą do Donalda Trumpa. Nie wiem, czy tylko ja odnoszę takie wrażenie, że od stycznia wszystkie drogi prowadzą do niego. Pokazuje to, jak utalentowaną jest osobowością telewizyjną. Tego samego nie można jednak powiedzieć o jego rozumieniu polityki międzynarodowej. Miejscami to nawet zabawne, gdy wybujałe ego amerykańskiego prezydenta ugina się pod naporem rzeczywistości, która zmusza go do decyzji będących przeciwieństwem lekkomyślnych zapowiedzi wyborczych. I własnych przekonań. Samorukow, Ibragimowa i Czizow przynoszą sporą dawkę wiedzy, dlaczego tak się dzieje.
To co, panie prezydencie, telefon do żony, do Putina czy do przyjaciela?
