LAPIDARNIE O PROROSYJSKIEJ ARMENII

Ostatnio na Twitterze rozgorzała dyskusja pomiędzy dwoma ekspertami ds. międzynarodowych, kogo należy wspierać w konflikcie Armenia – Azerbejdżan, czyli w domyśle – też Turcja. Argumentami za Turcją było między innymi to, że to nasz partner w ramach NATO, a Armenia jest członkiem rosyjskiej Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym i jest generalnie prorosyjska.

I o tym ostatnim chcę napisać. Powrócę jednak do kwietnia-maja 2018 r., gdy w Armenii wybuchła „aksamitna rewolucja”. Cała Europa zamarła, a w Polsce setki ekspertów (z których przeważająca większość w te dni dowiedziała się, gdzie leży Armenia; zresztą teraz jest podobnie), jeden przez drugiego chwaliło „proeuropejską, prozachodnią rewolucję ormiańską”. Już wieszczono wstąpienie Armenii do Unii Europejskiej i NATO. Oczywiście była to bzdura, a już na samym początku rewolucji obecny premier Nikol Paszynjan zapowiedział, że jej celem „nie są jakiekolwiek zmiany geopolityczne w regionie”. Ale kto by tam go słuchał.

Dobrze, nie doszło do istotnych zmian w regionie, Armenia podpisała „zaledwie” kompleksową i wzmocnioną umowę o partnerstwie z Unią Europejską. Dlaczego jednak tak uparcie wiąże się z Rosją?

A czy ma inne wyjście?

Armenia graniczy od wschodu z wrogim jej Azerbejdżanem, od zachodu z Turcją, z którą również nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych i granice są zamknięte. Od północy graniczy z Gruzją, z którą przez długi okres miała napięte relacje z powodu (ale nie tylko) kłopotów z Ormianami w regionie Samcche-Dżawachetia. Z Gruzją, która wybrała sojusz z Azerbejdżanem i Turcją, w tym również w zakresie militarnym (czego dowodem są wspólne ćwiczenia wojskowe). Od południa Armenia graniczy z Iranem, który nie chce kłopotów na swojej północnej granicy i w stosunkach z państwami od północy stara się zachować równowagę.

Armenia nie ma najmniejszych szans, aby samodzielnie walczyć przeciwko zjednoczonymi Turcją i Azerbejdżanem. Konflikt w Górskim Karabachu (przypomnijmy – jest to nieuznawana nawet przez samą Armenię „Republika Górskiego Karabachu”) jest „wojną zastępczą” pomiędzy tym krajem a jej wschodnim i zachodnim sąsiadem (to właśnie tu jest ta „wojna zastępcza”, a nie, jak niektórzy twierdzą, że to konflikt zastępczy między Turcją i Rosją). Turcja i Azerbejdżan nie mogą zaatakować bezpośrednio Armenii właśnie dlatego, że należy do Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. To i stacjonowanie na jej terytorium 102 Bazy Wojennej w Giumri oraz Bazy Lotnictwa w Erebuni jest jakimś gwarantem bezpieczeństwa. W razie konfliktu Rosja zobowiązana jest do udzielenia pomocy Armenii. A na to Turcja i Azerbejdżan sobie pozwolić nie mogą.

Wyobraźmy sobie co by było, gdyby Armenia nie była członkiem układu i została zaatakowana przez Turcję i Azerbejdżan. Kto jej pomoże? NATO? Z jakiego powodu? Nikt, absolutnie nikt Armenii by fizycznie i militarnie nie pomógł, mielibyśmy setki rezolucji, oświadczeń o deeskalacji, pozytywnej roli Grupy Mińskiej OBWE (jak mamy od 30 lat) itd. A Azerbejdżan zrealizowałby w dwa tygodnie swój cel strategiczny – zajęcie Górskiego Karabachu, ormiańskiego regionu Syunik, zapewne też Vayots Dzor, i połączenie się Nachiczewanem. Poza tym Azerowie zajęliby swoje „historyczne ziemie” w regionach Ararat i Tawush. Doszłoby też zapewne do kolejnej rzezi Ormian w tych regionach i exodus pozostałych do tego, co zostałoby z Armenii. Jeśliby coś zostało.

To, co napisałem, to nie tylko moje założenia, ale otwarcie o tym mówią i tego się boją Ormianie. Stąd ich walka o Górski Karabach, który jest dla nich buforem bezpieczeństwa, strefą życia i śmierci; stąd ich ścisłe związki z Rosją, która, jak Ormianie mają nadzieję, pomoże im w razie konfliktu.

Nie zapominajmy też, że Rosja jest głównym partnerem handlowym i inwestycyjnym Armenii, stąd jej udział w Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej. Czy Armenia może zerwać te związki? Nie. Kto wszedłby w miejsce Rosji? Unia Europejska? Nie, ale Armenia może próbować aktywizować kontakty z UE, co czyni od kilku lat.

A propos stosunków z Unią Europejską – pod koniec rządów Prezydenta Serża Sarkisjana utworzono jeden resort, który miał koordynować integrację Armenii z UE (w ramach umowy CEPA) i Unią Eurazjatycką.

To właśnie dowód na to, że może i Armenia musi być teraz prorosyjska (z naszego punktu widzenia), ale tak naprawdę podstawą jej polityki zagranicznej jest pragmatyzm i konieczność lawirowania w tym często nieprzyjaznym środowisku, w jakim jest. Sądzę, że jeśli to zagwarantowałoby Armenii bezpieczeństwo, to nie zawahałaby się przed jakimkolwiek sojuszem, nawet jeśli nie podobałoby się to połowie świata i naszym polskim ekspertom.

Marek Reszuta

 

 

 

W tym temacie polecamy również: